O chłopakach popełniłam już dwa wpisy w ubiegłym roku i cieszę się jak dziecko, że DESTINY dalej trzymają swój kurs.
A ja? Ja to lubię. Więc pisanie o kolejnej nowości chłopaków, to dla mnie nie tylko przyjemność, ale też taki mały, prywatny obowiązek.
Ich najnowszy numer – „Madness” ma w sobie ten moment po rozstaniu, kiedy niby minęło trochę czasu, a w środku dalej coś nie odpuściło. Jest tęsknota i ta upierdliwa miłość, która zamiast spokojnie odejść, wraca jak natrętna mucha o trzeciej nad ranem. Temat klasyk, tylko tym razem podana w wersji: „tak, to cholerstwo boli!”.
Muzycznie to nadal DESTINY, jakie znam. Do tego dochodzi ten filmowy, orkiestralny rozmach, który sprawia, że numer brzmi nieco bardziej, niż przeciętna rockowa ballada.
Ja odpaliłam to „na chwilę” i nagle minęły trzy odsłuchy, bo refren nie chciał wyjść z głowy. I jasne — jeśli masz dzień na ciepłe, przestrzenne brzmienia i chcesz się schować, to „Madness” może być zbyt ciężkie. Ale jeśli potrzebujesz energii i konkretu, to wchodzi od pierwszych sekund i nie pozbędziesz się tych dźwięków długo.




















































