Tak powstaje „Toń” – projekt, który łączy Leśmiana z rockową wrażliwością i głosem Mirosława Zbrojewicza. Nie ma tu miejsca na przypadek – to artystyczne spotkanie trzech światów, które zaskakująco dobrze ze sobą współgrają. Zespół opowiada o kulisach tej współpracy, o sile minimalizmu i o tym, jak wiele można przekazać bez słów.
„Toń” to połączenie muzyki, poezji Leśmiana i głosu Mirosława Zbrojewicza. Jak wyglądał proces łączenia tych trzech światów i kto wpadł na pomysł, by zaprosić właśnie jego?
Szukaliśmy sposobu na dodanie kolejnej warstwy artystycznej do muzyki instrumentalnej. Na początku padł pomysł połączenia z poezją. Trochę wyszło na wierzch nasze pragmatyczne podejście. Chyba nawet był to mój pomysł. Po co wymyślać koło na nowo, pisząc teksty, skoro mamy wybitnych polskich poetów? Postanowiliśmy tchnąć kolejne życie w wiersze Bolesława Leśmiana. Tematyka wiersza „Topielec” jest nam bardzo bliska. Następnie szukaliśmy męskiego głosu, który swoim tembrem dodałby autentyczności przekazu – narracja dojrzałego mężczyzny, który widział już wiele i z dystansem przygląda się tragedii. Przesłuchiwaliśmy wiele głosów lektorów na YouTubie i Jasiek zaproponował: „A weź włącz tego aktora, co grał Gruchę”. Posłuchaliśmy i wiedzieliśmy, że to jest to.
Czy recytacja Leśmiana w wykonaniu Mirosława Zbrojewicza zmieniła sposób, w jaki sami patrzycie na ten utwór?
Tak, zdecydowanie. Praca z Panem Mirosławem to była przyjemność i wspaniała lekcja. Byliśmy zaskoczeni jego profesjonalizmem i pokorą w zadaniu. Okazało się, że Pan Mirosław jeszcze nigdy nie podejmował się podobnego przedsięwzięcia, mimo tak bogatego doświadczenia. Nagraliśmy kilka podejść i wybraliśmy w edycji wersję, która naprawdę przenosi słuchacza w krainę hipnotycznej opowieści. Co więcej – apetyt rośnie w miarę jedzenia i chcemy kontynuować łączenie muzyki z poezją w przyszłości.
Bas, gitara i perkusja – tylko trzy instrumenty, a jednak tworzycie pełne, wielowymiarowe brzmienie. Co było najtrudniejsze w decyzji, żeby zostać instrumentalnym trio?
Nie była to trudna decyzja. Zdaliśmy sobie sprawę, że dobrze się czujemy jako trio. Nasze kompozycje, nawet w czasach, kiedy graliśmy z wokalami, były stricte instrumentalne. Tym, co cenimy najbardziej, jest balans i dawanie sobie przestrzeni w muzyce. Wielokrotnie oddawałem jako basista melodie gitarzyście, a Piotrek wymyślał wspaniałe riffy, które trafiały docelowo do mnie. Jasiek nadaje ramy rytmu naszym wydumanym wyobrażeniom – i mamy dzieło wysokiej klasy. A tak na poważnie: zobaczyliśmy na koncertach, że odbiorcy pod sceną faktycznie aktywnie słuchają naszej muzyki. Widać w ich oczach, że ich wyobraźnia pracuje. Dajemy miejsce na własną interpretację i zachęcamy do wspólnego przeżywania muzyki. To naprawdę działa.
„Toń” opowiada o zachwycie, który potrafi być zgubny. Czy ten temat wzięliście z własnych doświadczeń, czy raczej z obserwacji otoczenia?
Jedno i drugie, ponieważ tworzymy otoczenie dla siebie wzajemnie. Spłycenie relacji do transakcji, szybszego bicia serca do bicia zasięgów, zmiany towarzystwa na cyfrową samotność. Pokazujemy, że nie wszystko nam się podoba, że można inaczej. Dlatego też zapraszamy na koncerty – chcemy stworzyć swoistą przystań, w której każdy może być sobą i współdzielić z innymi emocje. Sami po sobie widzimy, jak mało mamy teraz czasu na wspólne spędzanie czasu. Obecnie bardzo łatwo zachwycić się naszą dumną cywilizacją. Czy słusznie? Zobaczymy.
Wspominacie, że nowa EP-ka to efekt współpracy z „niebanalnymi duszami artystycznymi”. Czy możecie uchylić rąbka tajemnicy, kto jeszcze pojawi się na tym materiale?
Kolejnym utworem jest „Coma” – utwór mówiący o śpiączce, będący alegorią społecznego marazmu. Tym razem do współpracy zaprosiliśmy hiszpańskiego klawiszowca Ramona Reina Rodrigueza. Uzupełniliśmy nasze trio o jednorazowego członka – idąc za naszą nazwą Disposable Soma, czyli ciało jednorazowego użytku. Ramon ubarwił swoimi partiami nasz utwór, tworząc zupełnie nową jakość. A przed nami kolejne niespodzianki. Na dniach wchodzimy też do studia, aby zarejestrować nowe utwory.
Wasze pierwsze nagrania trafiały do radia, album „Hook” został doceniony przez „Teraz Rock”, teraz idziecie w bardziej koncepcyjną stronę. Gdzie widzicie siebie na mapie polskiej sceny rockowej?
Widzimy siebie w dwóch światach. Z jednej strony – koncerty rockowe, w których porwiemy w trans publikę, a z drugiej – wizyty w domach kultury, gdzie zbliżymy się do poezji, także tej współczesnej, lokalnych twórców. Oczywiście rockandrollowa dusza zawsze wyjdzie na jaw.
Disposable Soma w wersji koncertowej – jak chcecie, żeby publiczność przeżywała wasze utwory na żywo?
Jak już wspomniałem – widzimy, jak różnie nasi goście na koncertach przeżywają muzykę. Dajemy duże pole do interpretacji. Ostatnio w Gdańsku był ogień, a nawet pogo, a na następnym utworze – transowe bujanie i zaduma. Wydaje mi się, że każdy znajdzie swoją własną przestrzeń.
Marzycie o zagraniu w konkretnym miejscu lub na określonym festiwalu? A może macie już plan, żeby pojawić się w Łodzi – mieście, które kocha eksperymentalne granie?
O tak, Łódź! Jesteśmy otwarci, żeby zagrać w tym wyjątkowym mieście. Jeden z moich ulubionych koncertów Anathemy był właśnie w Łodzi, dlatego tak miło wspominam to muzycznie dojrzałe miasto. Obecnie gramy klubowo w Polsce i planujemy ruszyć do domów kultury po nowym roku. Nie mamy szczególnych preferencji – chętnie wystąpimy w każdym miejscu. Obcowanie z ludźmi i wspólne przeżywanie muzyki jest dla nas priorytetem. Chociaż… zagrać na jakimś festiwalu filmowym, podkładając muzykę do czyjejś etiudy – to byłoby coś!
Karolina Filarczyk
![[ROZMOWA] Minimalizm w Muzyce: O Trio Disposable Soma i Ich Nowej EP-ce](https://kfm.net.pl/wp-content/uploads/2025/10/8f076487-a589-4c43-b8f1-8ac4b966d43f-e1760218048876.jpeg)



















































