To już kolejny raz, kiedy piszę o Wieczorniku. I nie ma w tym przypadku. Wracam do tego zespołu, bo każda kolejna publikacja naprawdę coś dopowiada, a nie tylko „jest następnym singlem”.
„Ogniowy” to czwarta zapowiedź debiutanckiego albumu Równoległoświaty. Po wodzie, powietrzu i ziemi przyszedł czas na ogień. Ten wewnętrzny. Nie do podziwiania z bezpiecznej odległości, tylko do przejścia na własnej skórze.
Brzmieniowo Wieczornik trzyma się swojej bazy: głos, fortepian, gitary, wiolonczela. Ale „Ogniowy” jest bardziej intensywny. Pojawia się harmonium i bodhran, bo utwór ma premierę 1 lutego, w Sabat Imbolc – celtyckie święto ognia.
Tekst jest gęsty i momentami bezkompromisowy. Są odniesienia do Świtezianki, Fausta, Mefistofelesa, różnych porządków kulturowych i duchowych. Brzmi ryzykownie, ale w piosence układa się w jedną myśl: przestać żyć według „powinnaś” i „musisz”, zacząć słuchać własnego głosu. To manifest wyzwolenia. Kobiecy, ale nie zamknięty wyłącznie w jednej perspektywie.
„Ogniowy” nie jest utworem do tła. Ma fragmenty zapętlone, mantryczne, momenty, które krążą wokół jednej idei i nie chcą jej puścić. Nie łapie od pierwszych sekund. Raczej zostaje, jeśli dasz mu chwilę i nie będziesz próbować słuchać go jednym uchem.
Jeśli Równoległoświaty mają być albumem o żywiołach, to „Ogniowy” jest tym najbardziej niepokornym. I chyba właśnie dlatego działa tak dobrze. Ogień nie ma być wygodny. Ma coś uruchamiać.







