[ROZMOWA] JANIŚ OZW: rap jako lustro. Od kasety Snoop Dogga do „I-MAG-INARIUM”, czyli o słowie, wyobraźni i dojrzewaniu w hip-hopie

Nie słucham rapu. I nigdy nie udawałam, że jest inaczej. Tekst o jednym z numerów Marcina wrzuciłam u siebie nie z miłości do gatunku, tylko z sentymentu do miejsca, gdzie on teraz żyje.

Kiedy pojawiła się opcja wywiadu z JANISIEM, weszłam w to bez wahania, bo to, że czegoś nie słucham na co dzień, nie znaczy, że nie potrafię o tym rozmawiać. A nóż dzięki tej rozmowie złapię bakcyla?

W tej rozmowie cofamy się do pierwszej kasety z Gdańska, do graffiti z Ozorkowa i do momentu, w którym słowo przestaje być tylko rymem. Jest o dorastaniu w hip-hopie, o wyobraźni i o tym, dlaczego dziś ważniejsza od liczb jest treść.

To szczera rozmowa o tym, że muzyka nadal może mieć sens. Nawet jeśli nie jest moim codziennym wyborem.

Pamiętasz moment, kiedy jako dziesięciolatek po raz pierwszy usłyszałeś Snoop Dogga? Co dokładnie wtedy kliknęło i dlaczego to doświadczenie zostało z Tobą na dłużej?

Tak. Kiedy pierwszy raz przeczytałem to pytanie, momentalnie wróciłem do 1993 roku. Gdańsk, wakacje u rodziny. Ciepły wieczór, Amiga, gry od „Superfrog” po pierwsze uliczne klimaty. Drzwi do pokoju starszego brata były uchylone. Nie pamiętam, czy słuchał tak głośno, że samo do mnie doleciało, czy wszedłem i zapytałem, co to jest. Wiem tylko, że to poleciało z kasety.

To był powiew czegoś zupełnie nowego. Sposób rapowania, frazowanie, głos Snoop Dogga, ta lekkość w flow. Bity, muzyka, której wcześniej nie znałem. Jasne, jakieś przejawy rapu się przewijały, ale to nie było to. Snoop mnie zaraził rytmem i klimatem. Miałem wrażenie, że w muzyce nic już nie będzie takie samo.

Do tej pory dominował rock, pop, dance. A tu nagle czarnoskórzy Amerykanie, NBA, zupełnie inny świat. Coś ponad tym, co znałem. Pamiętam ciepło pokoju, zachodzące słońce i to „wow” z głośnika. To mnie bujało, było melodyjne, wciągało.

Później trochę o tym zapomniałem, ale na początku lat 90. zdobycie takiej kasety nie było proste.

Dorastałeś w Ozorkowie. Jak to miejsce wpłynęło na Twoją wrażliwość, teksty i sposób myślenia o rapie?

Starsi koledzy malowali graffiti. Bardzo mi się to podobało i chciałem być częścią tego świata. To był nowy sposób wyrazu. Pokazywał, do jakiej grupy należysz, jakie masz zasady, jak się ubierasz, w czym jesteś dobry.

Chwaliłem się, że robię graffiti. Długo to trwało. Wiem, jaka jest cena bycia widocznym, ale też jaka jest nagroda. Chciałem być zauważalny przez swoje hobby, styl, przez to, co kojarzyło się z kulturą hip-hop. Ona wtedy dopiero pukała do drzwi Europy i Polski.

Miałem dobre wzory. Ludzi, z którymi spędzałem czas, podpatrywałem ich, słuchałem, jak składają rymy, jak robią beatbox. Pozdrawiam chłopaków z ulicy Zachodniej i artystów z innych części miasta. To oni mnie zarazili takim wyrażaniem siebie.

„Pamiętam ciepło pokoju, zachodzące słońce i to ‘wow’ z głośnika. To mnie bujało, było melodyjne, wciągało. Miałem wrażenie, że w muzyce nic już nie będzie takie samo.”

„I-MAG-INARIUM” brzmi jak tytuł zapraszający do czyjejś głowy. Co chciałeś tam pokazać słuchaczowi i co było dla Ciebie najważniejsze przy pracy nad tym albumem?

Tak, to zaproszenie do czyjejś głowy. Mojej, twojej, jeśli wyobraźnia pozwoli. Chciałem pokazać, co tam siedzi. Ile jest w nas nieznanych sfer, nowych zachowań. To cały czas ewoluuje. Zastanawiam się, co jeszcze mnie we mnie zaskoczy.

To odwaga przyznać się do siebie i pokazać to publicznie. Podzielić się bez wstydu i cenzury. Dla mnie „Imaginarium” to teatr wyobraźni, który każdy nosi w głowie. Możemy go zauważać albo nie. Możemy o nim mówić albo nie. Ale każdy ma swoje.

Sposób zapisu tytułu ma dwa znaczenia. Po pierwsze „I-MAG-INARIUM” zawiera ksywę rapera, który był i jest bardzo znany w Polsce. Jego rap mocno pobudzał moją wyobraźnię i sposób opowiadania o wnętrzu. Po drugie to właśnie teatr wyobraźni. Świat marzeń, który próbujemy przenieść do rzeczywistości.

Często ludzie pytają żartem, czy myślę, że jakimś magicznym zaklęciem wszystko naprawię. W pewnym sensie tak. Te zaklęcia to słowa. To, jak ich używamy. Magia tkwi w prostocie i w tym, czy potrafimy nimi świadomie operować.

W Twojej muzyce słychać hip-hop, jungle, drum’n’bass, grime i elektronikę. Skąd potrzeba łączenia tych światów i gdzie jest dla Ciebie granica eksperymentu?

Lubię energię i emocje, które są w tych gatunkach. Nie zamykam się jednak na inne rzeczy. Muzycznie zaczynałem od Queen, Guns N’ Roses, Aerosmith, Michaela Jacksona. Wspólny pokój z siostrą oznaczał też polski rock: IRA, Golden Life, Oddział Zamknięty, Dżem. Na początku podchodziłem do tego sceptycznie, potem doceniłem teksty i muzykę. Gunsów słucham do dziś.

Łączenie gatunków wynika z tego, co czuję. Kieruję się emocjami, a te style mają ładunek, który jest mi bliski. Nie trzymałem się sztywno jednej ramy. Płynąłem z tematem razem z Dominikiem Witczakiem. To był piękny czas w studiu.

Współpraca z Dominikiem Witczakiem i środowiskiem, z którego się wywodzicie – co realnie Ci to dało?

Dało mi rozwój i jakość. Pracę z logopedą, pracę nad głosem, udział w produkcji. Poznałem zawodowych muzyków, ludzi z branży, pojawił się menedżer. Zobaczyłem, jak wygląda profesjonalny proces: od aranżu, przez nagranie wokali, aż po mastering.

Od kilku słów zapisanych na kartce do gotowego numeru i koncertu na żywo. Zrozumiałem rzeczy, które wcześniej mi umykały. To przełożyło się na lepszy rap i większą świadomość pracy nad utworem.

Masz na koncie trzy albumy. Który jest dziś dla Ciebie najbardziej osobisty?

W każdym jest coś ważnego. Patrzę na rozwój: muzyczny, techniczny, tekstowy, graficzny. Z tej perspektywy najbliżej mi dziś do „I-MAG-INARIUM”. Choć na pierwszym albumie jest numer „Tempo”, który osobiście ma dla mnie duże znaczenie.

„Te zaklęcia to słowa. To, jak ich używamy. Magia tkwi w prostocie i w tym, czy potrafimy nimi świadomie operować.”

Unikasz jednej szufladki. To świadoma decyzja czy naturalny efekt tego, czego słuchasz?

Naturalny efekt. Słucham różnych gatunków i wszędzie szukam inspiracji. Widać to po mojej kolekcji winyli, CD i kaset. Robię takie numery, jakich sam chciałbym słuchać.

Wracasz do swoich numerów po premierze. Słuchasz jak twórca czy odbiorca?

Na etapie produkcji słucham jak twórca. Wyłapuję błędy, poprawiamy je z Dominikiem. Potem przyjmuję opinie znajomych. Po kilku miesiącach potrafię już spojrzeć z dystansem i stwierdzić, czy to naprawdę dobry materiał. W przypadku „I-MAG-INARIUM” jestem bardzo zadowolony.

Po premierze słucham już jak odbiorca. Na spokojnie.

Jak wygląda Twój proces twórczy? Plan czy intuicja?

Zaczyna się od impulsu. Czasem wystarczą dwa usłyszane słowa i jest „bang”. Piszę wtedy bardzo dużo, aż ręka nie nadąża za głową. Zapisuję wszystko na kartkach A4.

Potem selekcja: zostawiam, wyrzucam, dopisuję. Dzwonię do Dominika, rozmawiamy o klimacie, tempie, energii. Nagrywamy próby, poprawiamy, aż obaj czujemy, że to jest to. Intuicja ma tu duże znaczenie.

Co dziś drażni Cię w polskim rapie, a co sprawia, że nadal warto robić swoje?

Drażni mnie słaby przekaz albo jego brak. W rapie tekst jest kluczowy. Coraz częściej muzyka nie broni się sama. Liczy się wizerunek, gadżety, social media, kontrowersje.

Zostaje pytanie, co młody człowiek może z tego wynieść. Nie chcę rozwijać tego tematu za bardzo.

Na szczęście są jeszcze artyści i składy, które trzymają poziom i swoje wartości. I właśnie dlatego warto robić swoje. Często bardziej wartościowe rzeczy to te, które nie mają największej liczby wyświetleń, ale mają w sobie to coś.

Karolina Filarczyk

JANIŚ OZW

Notka informacyjna (dla dociekliwych i złośliwych):
Wpisy na blogu powstają na bazie materiałów prasowych otrzymywanych od menedżerów, wytwórni lub samych artystów. Nie są one publikowane metodą „kopiuj / wklej”. Każdy tekst jest czytany, przerabiany i uzupełniany o autorski kontekst. To proces, który wymaga czasu i energii — i dokładnie dlatego te wpisy wyglądają tak, a nie inaczej.

Uwaga: nie publikuję wszystkiego, co trafia do mojej skrzynki. Wybieram tylko projekty, które naprawdę do mnie mówią. Nie piszę dla zasady, dla zasięgów ani nie ścigam się z czasem.

Jestem Karolina!

Cześć, tu Karolina – witaj na KFM.NET.PL!


To miejsce dla tych, którzy muzyki nie tylko słuchają, ale ją czują. Znajdziesz tutaj świeże newsy, szczere wywiady, sumienne recenzje i fotorelacje z koncertów, które pachną pasją i brzmią dźwiękiem gitary.

Witaj w moim muzycznym świecie!

Patronat medialny

Klik!! 🙂

15.10.2026 – koncert akustyczny zespołu Łzy.

Jeśli lubisz i doceniasz to, co robię – posty, zdjęcia, koncertowe historie – możesz postawić mi kawę. Dzięki takim małym gestom mogę działać dalej i tworzyć jeszcze więcej dobrych treści.


Warto tam być!!




Odkryj więcej z 🎼Karolina Filarczyk Muzykoholicznie 🎶

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej