JANIŚ OZW, czyli Marcin Janicki, pochodzi z Ozorkowa. To akurat ważne, bo to rejony, w których jako dzieciak bywałam często. Ozorków nie był i nadal nie jest metropolią, więc ludzi i historie łatwo było (i jest) ze sobą połączyć. Przy tej geografii wcale nie zdziwiłabym się, gdybyśmy znali się już wtedy — to zwykła konsekwencja miejsca i czasu.
Rap pojawił się u niego wcześnie. W 1993 roku, jako dziesięciolatek, usłyszał Snoop Dogga i od tego momentu muzyka poszła z nim na serio. Pierwsze własne numery zaczął robić jako szesnastolatek i tej drogi nie porzucił. Dziś efektem jest m.in. album „I-MAG-INARIUM”, najnowszy i dostępny na wszystkich platformach streamingowych.
Od razu uczciwie: rap i hip-hop to nie są moje naturalne rejony. Nie umiem w rapy, nie obracam się w tym świecie na co dzień i nie będę udawać, że jest inaczej. Dlatego ten tekst nie jest próbą analizy gatunku, tylko prostym sygnałem, że taki artysta i taki materiał są na rynku.
JANIŚ OZW łączy klasyczny hip-hop z wpływami jungle, drum’n’bassu, grime’u i elektroniki. Ma na koncie trzy albumy, a „I-MAG-INARIUM” jest zapisem jego wewnętrznego świata i procesu twórczego — bez fajerwerków, raczej jako spójna całość do przesłuchania.
W tle pojawia się też Dominik Witczak. A jak pojawia się Dominik, to automatycznie gdzieś obok stoi COMA. A wszystko, co choćby zahacza o „comowe” rejony, ma u mnie z góry trochę łatwiej. Taki tam fakt, bez dorabiania ideologii.







