To już kolejny koncert Łysej Góry, a ja znów wracam do domu z tym samym uczuciem – ciarki, emocje, zachwyt i to poczucie, że właśnie tak powinna działać muzyka. Nie ważne, czy sala jest pełna, czy publika kameralna – ta ekipa gra tak, jakby pod sceną stało tysiąc osób.
W Bogarcie znów rozgrzali powietrze do czerwoności. Dorota Filipczak-Brzychcy jak zwykle rozdziera mikrofon szczerością, a folkowo-metalowa machina Łysej Góry działa z chirurgiczną precyzją. Były klasyki – „W Ogniu Świat”, „Wdowa”, „Noc Kupały” – i nowy singiel „Krzyczę”, który brzmi jak zapowiedź płyty, na którą warto czekać. Akustyczne momenty, które dodawały oddechu i przypominały, że w tej muzyce emocje grają pierwsze skrzypce (dosłownie i w przenośni – ukłony dla Karoliny Sienkiewicz).
Nie zabrakło też „Porzeczkowego wina” – utworu, który jak zawsze wywołał salwę śmiechu, wspólne śpiewanie i chwilę czystej koncertowej radości. Zespół świetnie bawił się z publicznością – było dużo żartów, spontanicznych dialogów i tej szczerej, niewymuszonej energii, której nie da się zaplanować.
Publiczność była niewielka, ale za to doskonała – żywiołowa, uśmiechnięta, reagująca na każdy dźwięk. Po koncercie obowiązkowy rytuał: rozmowy, zdjęcia i oczywiście łowy przy stoisku z merchem.
Obiecuję, że jeśli tylko czas pozwoli, pojawię się też niebawem w Warszawie. Bo koncerty Łysej Góry mają w sobie coś, co się nie nudzi. Zawsze zostawiają po sobie echo – takie, które jeszcze długo rezonuje w głowie.
Po więcej zdjęć zapraszam na profil Karolcia Kadruje.
![[FOTO] Łysa Góra w Bogarcie: znowu to samo… i całe szczęście!](https://kfm.net.pl/wp-content/uploads/2025/10/img_9642-e1759777863475.jpg)












Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.