Aster Songwriter przez lata działał w zespołach Stonnard, EneDueRabe i Calmwater, ale solowy rozdział pozwolił mu wejść w muzykę na własnych zasadach. „Płonę i znikam” to album, przy którym odpowiada za muzykę, teksty, wokal, instrumenty, nagrania i miks. Jest w tym trochę spokoju człowieka, który nie musi już niczego udowadniać na siłę, ale nadal chce szukać, grzebać w brzmieniu i sprawdzać, dokąd zaprowadzi go kolejna piosenka.
W rozmowie Aster Songwriter opowiada o wolności tworzenia, pisaniu po polsku, pracy bez producenta, limitowanym wydaniu płyty i koncercie premierowym w LoveLasie.
Zapraszam do lektury!!
Przez lata grałeś w zespołach Stonnard, EneDueRabe i Calmwater, wystąpiłeś na ponad 200 koncertach, a teraz firmujesz muzykę wyłącznie własnym pseudonimem. Co sprawiło, że po tylu latach działania w zespołach zdecydowałeś się wziąć pełną odpowiedzialność za każdy element projektu, od napisania piosenek po ich nagranie i produkcję?
Myślę, że stało się to naturalnie, nie planowałem tego. W zasadzie cały czas gram w Calmwater, w czerwcu zagraliśmy dwa fajne koncerty, a ze Stonnard jesteśmy w trakcie nagrywania nowej płyty, pierwszej od 2017 roku, i mamy bardzo fajny materiał.
Granie solo to taka moja odskocznia od grania zespołowego. Coś, co mogę robić totalnie po swojemu, kiedy tylko mam na to ochotę. Podoba mi się to uczucie bezgranicznej wolności artystycznej. Podoba mi się też cały proces powstawania piosenek, nagrywania pierwszych zarysów, później wracania do nich, poprawiania, dogrywania kolejnych instrumentów, następnie miksowania i masteringu. To trochę tak, jakbym zasadził malutką pestkę i patrzył, jak wyrasta z niej wielkie drzewo, które zostanie tutaj nawet wtedy, kiedy mnie już nie będzie.
„Wśród Dzikich Traw” otworzyło Twój solowy rozdział i było jednocześnie pierwszym utworem napisanym przez Ciebie po polsku. Co zmieniło się w Twoim pisaniu po przejściu z języka angielskiego na polski i czy dzięki temu nowe piosenki stały się bardziej osobiste?
Tak, piosenki zdecydowanie stały się bardziej osobiste. Każde słowo ma znaczenie, staram się je dobierać treściwie i nie jest to łatwe, ponieważ ta granica między dobrym tekstem a banalnym tekstem jest w języku polskim bardzo cienka. Ciągle uczę się szukania tych granic.
Pierwszy solowy album nazwałeś „Płonę i znikam”. Tytuł można odczytać jako opowieść o intensywnych emocjach, wypaleniu albo potrzebie wycofania się. Co oznacza dla Ciebie i dlaczego właśnie ta piosenka otwiera oraz firmuje cały materiał?
Myślę, że warstwa tekstowa dobrze oddaje klimat całej płyty, dlatego ten utwór wydał mi się sensowny na początek krążka. Utwór opowiada o tym, jak ważna jest sama świadomość tego, że wszystko w naszym życiu zależy od nas i od naszego nastawienia. Chodzi o to, żeby zrozumieć, że to my decydujemy, czy jesteśmy sobie wrogiem, czy przyjacielem.
Często sami doszukujemy się problemów, a wystarczy spojrzeć na pewne rzeczy z innej perspektywy, żeby przekonać się, że niepotrzebnie się czymś zadręczamy. Chodzi o sztukę odpuszczania, która często jest bardzo trudna, ale tylko ona może sprawić, że będziemy szczęśliwi. Tak już jest skonstruowane życie na tej planecie, trzeba zawsze iść do przodu.
Sam określiłeś „Płonę i znikam” jako piosenkę wymagającą, nostalgiczną i bardzo klimatyczną. Czego wymagała przede wszystkim od Ciebie jako autora i wykonawcy, a czego może wymagać od słuchacza przy pierwszym spotkaniu?
Jeżeli chodzi o mnie jako o autora piosenki, wymagała ode mnie przede wszystkim uwagi, aby „schwytać” ją w odpowiednim momencie. Piosenka jest trochę jak motyl. Pojawia się znikąd, piękna, kolorowa, przelatuje nad moją głową. Jeżeli przeoczę moment, to odleci i zapewne już nie wróci. Moim zadaniem jest uchwycenie tej chwili, złapanie tego motyla, zapisanie akordów, tekstu, uwiecznienie momentu. To wymaga czujności.
Wydaje mi się, że ta piosenka jest wymagająca, ponieważ jest w bardzo wolnym tempie, wręcz żałobnym, w metrum 3/4. Tekst może wydawać się dołujący, ale jeżeli odpowiednio go zinterpretujesz, to zobaczysz, że jest pozytywny, bo uświadamia nam, że sami jesteśmy kreatorami swojego szczęścia.
Na albumie znalazło się osiem utworów, głównie po polsku, ale pojawia się też język angielski, kompozycje instrumentalne oraz nagrania natury. Co łączy tak różne elementy i czy płyta opowiada jedną historię, czy raczej zbiera osobne obrazy i emocje z określonego okresu Twojego życia?
Od początku miałem taki pomysł, że będę po prostu nagrywał piosenki, a kiedy poczuję, że mogą one stworzyć kompletny album, to go wydam. Nagrałem w międzyczasie o wiele więcej materiału niż te osiem utworów. Właściwie zacząłem już nagrywać drugi album, to cały czas bardzo otwarty proces.
Ten album to podsumowanie pewnego okresu i dlatego materiał jest taki różnorodny. Nie wiem, jaki będzie kolejny album i ta niewiedza jest bardzo ekscytująca. Nie wiem, co wymyślę za dwa miesiące, pół roku czy dwa lata. Ciągle zmieniam zdanie, szukam czegoś, zmieniam koncepty i dzieją się nowe rzeczy. Lubię w ten sposób funkcjonować. Nie ma nudy.
„Granie solo to taka moja odskocznia od grania zespołowego, coś, co mogę robić totalnie po swojemu.”
Przy tym materiale odpowiadasz za muzykę, teksty, wokal, wszystkie instrumenty, nagrania i miks. Która z tych ról była dla Ciebie najtrudniejsza i jak zachować dystans do własnych piosenek, kiedy nie ma obok producenta ani zespołu, który powie: „zostaw, już wystarczy”?
Zdecydowanie miksowanie. To jest tak, jak mówisz. Czasami brakowało mi kogoś, kto powiedziałby właśnie: „zostaw, już wystarczy”. Dlatego męczyłem trochę moich różnych przyjaciół, którzy siedzą w muzyce. Pytałem o rady, słuchałem sugestii, a kiedy sam czułem, że dosyć, to odpuszczałem, chociaż nie zawsze było to łatwe. Pewnie dlatego praca nad tym albumem trwała ponad półtora roku.
Nowe kompozycje powstawały w nietypowym stroju gitary CGCFCE, którego wcześniej nie używałeś. Jak wpłynął on na melodie, sposób budowania aranżacji i charakter całego albumu? Czy był technicznym eksperymentem, czy od początku szukałeś brzmienia, które odetnie solowy projekt od wcześniejszych zespołów?
Od początku miałem pomysł, żeby w tym projekcie robić rzeczy zupełnie inne, żeby wyjść poza swoją strefę komfortu. Takie strojenie gitary zmusiło mnie do innego sposobu komponowania. Wszystko, co wcześniej wiedziałem o grze na gitarze, nie miało tutaj aż tak praktycznego zastosowania. Każdy nowy akord był odkryciem i dzięki temu podejściu było w tym wszystkim bardzo dużo spontaniczności i przypadkowości.
Pierwotnie zakładałeś, że album ukaże się latem 2025 roku, ostatecznie jego premierę zaplanowałeś na 22 sierpnia 2026. Co wydarzyło się przez ten dodatkowy rok i jak bardzo obecna wersja płyty różni się od materiału, który chciałeś wydać wcześniej?
Jesienią 2024, kiedy miałem już nagrane dwa utwory i kolejne gotowe do nagrania, wydawało mi się, że szybko będę miał gotowy cały album. Na początku 2025 roku na horyzoncie pojawił się jednak mój „macierzysty” zespół, hard rockowe trio Stonnard, z którym zaczęliśmy robić nowy materiał. Zaczęliśmy nagrywać demówki nowych piosenek i okazało się to tak absorbujące, że solowe nagrania na moment zeszły na drugi plan.
Jednak co jakiś czas wracałem do projektu solo, nagrywałem nowe piosenki, a potem dalej czekałem. Gdzieś podświadomie czułem, że te piosenki muszą trochę „poleżeć”. Muszę poczekać, żeby zobaczyć, co poczuję, kiedy wrócę do nich na przykład po trzech miesiącach. Zrozumiałem wtedy, że tak właśnie musi powstawać ten album. Pomału, swoim tempem, naturalnie i bez presji. Wiedziałem, że poczuję, kiedy będzie właściwy moment, żeby ten materiał wydać. I poczułem to wiosną tego roku.
Album doczekał się limitowanego, numerowanego wydania. Skąd pomysł na taką formę i jak duża będzie jego edycja? W czasach, gdy większość muzyki poznajemy z playlist, fizyczny egzemplarz nadal ma dla Ciebie szczególne znaczenie? Pytam również jako szczęśliwa posiadaczka numeru 79.
Uwielbiam fizyczne egzemplarze. Sam mam kilkaset płyt CD i ciągle kupuję nowe. Nie mogę przestać, kocham to i dlatego bardzo chciałem mieć też swoją muzykę w wersji fizycznej. Jest coś magicznego w płytach CD. Wkładka, jej zapach, nadruk na płycie, zdjęcia, opisy. No i to jest coś, co możesz sobie schować do szuflady i wyciągnąć za 30 lat. To nie zniknie.
Chciałem, żeby moje CD były jeszcze bardziej magiczne i dlatego pomyślałem, że fajnie będzie je ręcznie ponumerować, żeby podkreślić wyjątkowość każdego egzemplarza.
Premiera płyty została połączona z koncertem w LoveLasie w Tucznie niedaleko Poznania. Jak będzie wyglądał ten występ, skoro studyjnie wszystkie partie nagrałeś sam? Usłyszymy materiał w oszczędnych, solowych wersjach czy planujesz przenieść na scenę bardziej rozbudowane brzmienie albumu?
To będzie bardzo intymne i nastrojowe widowisko. Zagram solo, bo chcę się skupić przede wszystkim na piosenkach, na songwritingu i wiem, że taka forma najlepiej zaprezentuje te utwory. Aczkolwiek jestem fanem eksperymentalnych dźwięków, dlatego zamierzam kolorować brzmienie mojej gitary przeróżnymi efektami, więc na pewno będzie bardzo ciekawie.
Celowo nie chcę odgrywać tego, co jest na płycie, bo uważam, że koncert to coś zupełnie innego, wyjątkowego i niepowtarzalnego.
Karolina Filarczyk
Aster Songwriter

