Czwarta edycja Łódź Summer Festival przyniosła wielkie koncerty, ogromne tłumy, błoto, opóźnienia i kilka sytuacji, które jeszcze długo będą żyły w internecie. Dla mnie były to przede wszystkim trzy dni biegania między scenami, trzynaście sfotografowanych koncertów i 790 zdjęć opublikowanych na TuLodz.pl.
Łódź Summer Festival vol. 4 przeszedł do historii. Dzięki uprzejmości organizatorów oraz redakcji TuLodz.pl miałam okazję być na wszystkich dotychczasowych edycjach. Świetnie patrzy się na to, jak typowe święto miasta zmienia się w festiwal dostrzegany już nie tylko w Polsce, ale również poza jej granicami.



W ubiegłym roku deszcz pojawił się na ŁSF dopiero w niedzielę. Tym razem aura pokazała organizatorom środkowy palec znacznie wcześniej. Silne opady oraz ciężki sprzęt pracujący na terenie imprezy sprawiły, że Błonia zamieniły się w niewielki poligon survivalowy.
Błoto dało się we znaki wszystkim: organizatorom, artystom, ekipom technicznym, mediom i publiczności. Ubłoceni festiwalowicze szybko stali się bohaterami internetu. Oczywiście pojawiły się również szydera i biadolenie, bo przecież błoto na imprezie plenerowej po ulewie jest zjawiskiem równie niespodziewanym jak kolejka po piwo. Wystarczyło ubrać się odpowiednio do pogody, ale kalosze najwyraźniej nadal dla niektórych stanowią zamach na festiwalową stylizację.
Drugą dramą było to, że organizatorzy zrobili rzecz skandaliczną: po osiągnięciu limitu uczestników zamknęli wejścia i zadbali o bezpieczeństwo.
W krytycznym momencie, między koncertami PRO8L3M-u i Bedoesa, na terenie wydarzenia znajdowało się około 300 tysięcy osób. Część spóźnialskich uznała jednak, że skoro przyszła pięć minut przed najbardziej wyczekiwanym koncertem albo już w jego trakcie, wejście nadal jej się należy. Najlepiej natychmiast i bez kolejki.
Zaczęło się wyrywanie ogrodzeń. W stronę policjantów poleciały butelki i kamienie, a sześć osób zostało zatrzymanych. Internet wypełniły później głosy zdziwienia, że na imprezę „za frytę” także czasami nie da się wejść w ostatniej chwili.
Trzeci dzień przyniósł trzecią dramę, żeby festiwalowa księgowość nieszczęść się zgadzała. Nie wiem, czy zawiniła technika, czy człowiek. Efekt był taki, że przerwa przed koncertem Seana Paula trwała około półtorej godziny.



Na ratunek ruszył Jankes z Radia ESKA. Wił się jak wąż w ukropie, próbując zająć publiczność i nie dopuścić do tego, by oczekiwanie ograniczyło się do oglądania pustej sceny. Była kiss cam, głośne owacje dla pana Stefana, 75-letniego uczestnika festiwalu, oraz życzenia dla Mai, która tego dnia kończyła 17 lat. Półtorej godziny nie da się całkowicie zagadać, ale Jankes zrobił naprawdę dużo, żeby ten czas nie ciągnął się jeszcze bardziej.
Skoro już o staraniach i uwijaniu się przy pracy, w ten weekend przekonałam się, że Łódź ma dwa składy o nazwie ICH TROJE. Jeden robi czad na scenie, drugi wokół niej.
Tomasz Korowczyk, Alicja Sitek i Marcel Polaszek to trio, które wykonało swoją pracę na 120 procent. Organizacja, opieka nad mediami i zwykła ludzka pomoc miały ogromne znaczenie przy tak dużej imprezie. Właśnie dzięki takim osobom wydarzenie o skali Łódź Summer Festival ma szansę działać sprawnie, nawet gdy pogoda, technika i część publiczności usilnie próbują napisać własny scenariusz.
Tyle festiwalowych dramatów. Pora przejść do muzyki i zdjęć.



Mój festiwalowy piątek rozpoczął Żabson. Nie jestem słuchaczką takiej muzyki, ale koncertowo trudno było odmówić mu energii i dobrego kontaktu z publicznością. Pod sceną sporo się działo, więc aparat nie miał czasu na nudę.
Natalie Imbruglia przyniosła zupełnie inny klimat. Było spokojniej, bardziej nostalgicznie i z dużą klasą. „Torn” oczywiście uruchomiło wspomnienia wielu osób, ale cały koncert pokazał, że jej występu nie należy sprowadzać wyłącznie do jednego przeboju.
Piątkowy wieczór zakończyło Bastille. Dan Smith swobodnie prowadził publiczność przez kolejne utwory, a przy „Happier” i „Pompeii” Błonia śpiewały naprawdę głośno. Dużo ruchu, światła i koncertowej energii, czyli dokładnie to, co fotograf lubi najbardziej.



Sobotnią pracę rozpoczęłam od koncertu Huberta.
Po godz. 20 na głównej scenie pojawił się Timbaland. Jego koncert został oparty na przebojach, które przez lata współtworzyły światowy pop, hip-hop i R&B. Nawet osoby, które nie śledzą dokładnie jego kariery, znały sporą część tego materiału. Trudno zresztą nie znać muzyki człowieka, który pracował między innymi z Nelly Furtado, Justinem Timberlake’em, Beyoncé czy OneRepublic.
Później przeniosłam się pod Scenę Łódź na Nocnego Kochanka. Gitarowe granie, humor i charakterystyczna energia zespołu dobrze sprawdziły się przed liczną i bardzo różnorodną publicznością.
Największe emocje przyniósł finał Bedoesa 2115. Artysta rozpoczął koncert razem z dziećmi i młodzieżą związanymi z Cancer Fighters. Wspólnie wykonali „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)”.
Później przyszły pirotechnika, ogromna energia i widowisko przygotowane na naprawdę dużą skalę. Fotografowanie nie należało jednak do łatwych. W fosie było ciasno, a o swobodnym przemieszczaniu się i spokojnym łapaniu kadrów można było zapomnieć. Ochrona co chwilę wyciągała z morza ludzi osoby, które nie dawały już rady. Ścisk, duchota oraz brak, a czasami chyba nadmiar nawodnienia szybko weryfikowały siły i zamiary.
Właśnie przy takich koncertach najlepiej widać, jak trudną pracę wykonują ochrona i służby medyczne. Przez cały weekend naprawdę nie wiedziały, gdzie włożyć ręce. Ochroniarze wyciągali słabnących uczestników, a medycy natychmiast przejmowali tych, którzy potrzebowali pomocy. Wszystko działo się w tłumie, hałasie i pod ogromną presją. Wielkie słowa uznania, bo bez ich szybkich reakcji festiwalowe dramaty mogłyby mieć znacznie mniej zabawne zakończenie.
Jednym z najważniejszych momentów całego wieczoru było pojawienie się O.S.T.R.-a. Artyści wspólnie wykonali „Kochaną Polskę”, a na scenie pojawiły się dwie statuetki Fryderyka. Jedną z nich była tegoroczna nagroda O.S.T.R.-a, którą łódzki raper przekazał Bedoesowi, ponieważ jego zdaniem to właśnie on bardziej na nią zasłużył. Druga została przeznaczona na licytację wspierającą Cancer Fighters.
Ten moment miał większą wartość niż kolejny wystrzał pirotechniki.






Niedziela dobrze pokazała, jak różne pokolenia i muzyczne światy spotkały się na Łódź Summer Festival.
Kacperczyk szybko zgromadził pod sceną sporą publiczność. Tede i Pezet reprezentowali z kolei pokolenie artystów, których utwory towarzyszą fanom polskiego rapu od wielu lat. Każdy z tych koncertów przyciągnął inną grupę odbiorców, a różnice było widać nie tylko w muzyce, lecz także w reakcjach publiczności.
Rockową część wieczoru zapewnił australijski Jet. „Are You Gonna Be My Girl” znały nawet osoby, które chwilę wcześniej czekały pod drugą sceną na rap. Pierwsze dźwięki wystarczyły, żeby Błonia natychmiast wiedziały, co będzie grane.
Po długim oczekiwaniu na scenie pojawił się Sean Paul. Publiczność szybko wróciła do zabawy, a jego największe przeboje i taneczne rytmy zrobiły swoje mimo późnej pory.
Czwartą edycję Łódź Summer Festival zamknął Mata. Mimo opóźnień wielu uczestników zostało do końca. Dla fotografów był to już koncert rozgrywany na ostatnich rezerwach energii, ale właśnie takie finały pamięta się później najlepiej.


Podczas tegorocznego Łódź Summer Festival sfotografowałam trzynaście koncertów:
Piątek: Żabson, Natalie Imbruglia i Bastille.
Sobota: Hubert., Nocny Kochanek, Timbaland i Bedoes 2115.
Niedziela: Kacperczyk, Tede, Pezet, Jet, Sean Paul i Mata.
W trzech galeriach opublikowanych na TuLodz.pl znalazło się łącznie 790 zdjęć. Do tego doszły kilometry pokonane między scenami, pilnowanie godzin, krótkie fotograficzne okna, selekcja materiału, obróbka oraz oczekiwanie na wymagane akceptacje.
Tutaj Alicja walczyła o każdy nasz kadr jak lwica. Procedury były procedurami, ale wszystko załatwiała w ekspresowym tempie. Nawet Mata, początkowo przeciwny publikacji zdjęć, ostatecznie się zgodził. Być może filigranowej, ale twardej jak skała dziewczynie z Łodzi po prostu trudno było odmówić.
Te trzy dni miały również bardziej ludzką stronę. W fosie pojawiły się nowe znajomości, ale nie zabrakło spotkań z dobrze znanymi ziomkami po fachu, których widuję głównie przy okazji koncertów. Mimo wszystko te krótkie spotkania, wzajemna pomoc i uśmiechy rzucane pomiędzy zmianą obiektywu a kolejnym kadrem są ważną częścią tej pracy.
Czwarta edycja pokazała, że Łódź Summer Festival rozwija się w dobrym kierunku. Line-up był różnorodny, zagraniczne nazwiska coraz mocniejsze, a zainteresowanie ogromne.
Pogody organizatorzy nie zamówią. Zachowania części publiczności również nie da się wpisać do harmonogramu. Łódź ma jednak festiwal, który zdecydowanie przestał być tylko dodatkiem do urodzin miasta. Teraz trzeba dopilnować, żeby nie potknął się o własny sukces.
Galerie dostępne na TuLodz.pl i stopniowo na Karolcia Kadruje.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.