Jeszcze dzień przed koncertem Mroza nie wiedziałam, czy wejdę do Atlas Areny z aparatem. Prośbę o akredytację wysłałam, ale gdzieś z tyłu głowy siedziało mi, że KFM jest za małe i pewnie nic z tego nie będzie.
Wieczorem przyszło zaproszenie. Ogromnie dziękuję Live Nation za tę możliwość i za zaufanie. Czasem sama nie doceniam tego, co przez lata udało mi się zrobić z blogiem. Potem przychodzi taki mail i na chwilę przestaję szukać powodów, dla których miałoby się nie udać.
2 października wybrałam się więc z aparatem na Mroza. Mainstream zwykle omijam, ale jego piosenkom nie potrafię się oprzeć. Przy „Złocie”, „Jak nie my to kto”, „Nic do stracenia”, „Za daleko” czy „Milionach monet” trudno było stać spokojnie. Przyszłam robić zdjęcia, ale przecież też posłuchać i dobrze się bawić.
Koncert w Łodzi rozpoczynał jesienną trasę promującą album „Wszystko, czego chciałem”. Obok dobrze znanych szlagierów usłyszeliśmy nowe piosenki. Z nich szczególnie skradł mi serce „Biały bez”. Mam do tego numeru słabość, a po tym wieczorze jeszcze większą.
Świetnie słuchało mi się całego zespołu. Chwilami było bluesowo, chwilami swingująco, a miejscami mocniej, bardziej rockowo. Duża w tym zasługa muzyków, z którymi Mrozu gra. Warto przyjrzeć się także im i posłuchać, ile wnoszą do tych piosenek. Mrozu ma naprawdę świetną ekipę, a wśród nich Artur „Boo-Boo” Twarowski na gitarze, Piotr Lewańczyk na basie, Jerzy Markuszewski za perkusją i Bogusz Wekka przy perkusjonaliach tworzyli zespół, którego mogłabym słuchać godzinami. Fotografując, chętnie kierowałam obiektyw także w ich stronę. Zdecydowanie zasłużyli na własne kadry i miejsce w tej relacji.


































Bardzo ucieszył mnie gościnny występ Natalii Przybysz. Wspólne „O czymś innym” było jednym z moich ulubionych momentów koncertu. Po prostu dobrze było zobaczyć i usłyszeć ich razem.
Do tego oprawa z rozmachem, jakiego spodziewam się po koncertach Live Nation. Było na co patrzeć i czego słuchać. Atlas Arena pękała w szwach od ludzi, którzy bawili się równie dobrze jak ja. Lubię takie wieczory, kiedy znam tyle piosenek, a na żywo i tak znajduję w nich coś, co znowu przyciąga moją uwagę.
Ten koncert miał dla mnie jeszcze jeden ważny wymiar. Byłam jedyną fotografką z zewnątrz. Gdy pomyślę, z jakimi wątpliwościami wysyłałam prośbę o akredytację, tym bardziej to doceniam.
Później przyszedł czas na wybór zdjęć i czekanie na akceptację. Z 35 przesłanych kadrów zaakceptowano 34. Przyjmuję to jako powód do dumy i pozwalam sobie przez chwilę polatać te 3 cm nad ziemią!
Dziękuję za zaufanie. Zdjęcia oddaję już w Wasze ręce, a sobie zostawiam małe przypomnienie, żeby następnym razem nie skreślać KFM, zanim ktokolwiek zdąży przeczytać mojego maila.


Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.