Linę Silvę obserwuję od dłuższego czasu. Nie wpadła mi w ręce przypadkiem przy okazji jednej premiery. Mam na nią oko, bo od początku było w niej coś, co kazało się zatrzymać.
Głos ma, ale sam głos nie wystarcza, jeśli za nim nie idzie emocja, własny temat i odwaga, żeby nie śpiewać tylko ładnie. U Liny coraz mocniej słychać właśnie tę drugą stronę. Bardziej osobistą. Bardziej odsłoniętą.
Po singlach „Dzięki za wczoraj”, „Hunter”, „Biały głos” i duecie z Norbertem Wronką „Gdy zniknę”, Lina wraca z utworem „Modlitwa”. To ballada – pokojna w brzmieniu, ale ciężka emocjonalnie.
„Modlitwa” opowiada o lęku, samotności, wewnętrznym rozpadzie i szukaniu nadziei wtedy, kiedy człowiek jest już bardzo blisko granicy. To utwór o momencie, w którym proste odpowiedzi przestają działać, a człowiek zaczyna szukać czegoś większego niż tylko kolejna rada z internetu.
Muzycznie jest delikatnie. Fortepian, smyczki, subtelna rytmika i chórki nie przykrywają tekstu. Najważniejsze jest to, co Lina chce powiedzieć. Lubię, kiedy w piosence słychać człowieka.
Nie napiszę, że to łatwy utwór, bo nie jest…







