Co sprawia, że człowiek rzuca wszystko i ucieka w muzykę? Jak wygląda moment, w którym trzeba zawalczyć o siebie, żeby nie utknąć w miejscu na dobre? O tym między innymi rozmawiam z Grzegorzem „Kulavikiem” Kowalczykiem, wokalistą Lost In You. Punktem wyjścia jest singiel „SHEN”, ale szybko schodzimy znacznie głębiej. Jest o gorszych dniach, o tekstach, które dla niektórych słuchaczy znaczą więcej, niż sam autor mógł przypuszczać, o fanach, którzy stali się częścią historii zespołu, i o marzeniach, które z każdym kolejnym koncertem stają się coraz bardziej realne. Zapraszam do lektury.
„SHEN” brzmi jak numer bardzo osobisty. Na ile to zapis konkretnych doświadczeń, a na ile próba ubrania w muzykę emocji, które mogą dotyczyć wielu ludzi?
Szczerze mówiąc, to zdecydowana większość moich tekstów bierze się z osobistych doświadczeń. Zawsze jest to punkt wyjścia do opowiedzenia jakiejś historii. Czasem oczywiście zdarza się gdzieś „skręcić” czy coś podkoloryzować, ale to zawsze mój punkt widzenia. „SHEN” to idealny na to przykład. Los się tak mną zaopiekował, że na lata utknąłem w pracy, której delikatnie mówiąc, nie darzyłem nigdy zbytnią sympatią. „SHEN” to dojście do punktu krytycznego w tej kwestii. Musiałem uciec w muzykę i coś zmienić, żeby „w mroku nie zginąć”. To moja historia tych gorszych dni, jakie chyba wszyscy czasem miewamy. Wiesz, tych, kiedy się budzisz i nic nie idzie, nic się nie zgadza i masz wrażenie, że wpadasz w jakąś otchłań złości i rozpaczy. Trochę jakby się wchodziło do ringu się bić, ale nie z jednym przeciwnikiem, a z całą ludzkością na raz. Ciężko wtedy coś ugrać i nie skończyć na tarczy. Co do drugiej części pytania, ja nie próbuję wejść w niczyje buty. Nie mam chyba tej zdolności rozumienia, jak świat mogą postrzegać inni. Nie próbuję sprzedawać emocji, dzielę się tylko tym, co ma na mnie realny wpływ.
W waszej muzyce słychać emocjonalny ciężar, ale nie ma w tym przesady. Jak znaleźć balans między szczerością a tym, żeby nie powiedzieć za dużo?
Ja chyba już dawno przekroczyłem tę granicę. Na moje, chyba szczęście, staram się dobierać tak słowa, żeby zostawić odbiorcy spore pole do interpretacji. Nie chcę niczego narzucać. Niech te historie, jeśli mają coś dla kogoś znaczyć, podążają sobie swoją własną drogą. Zresztą zdarza mi się słuchać historii, jak ludzie opowiadają o tych tekstach z własnej perspektywy. Często jest to zupełnie co innego niż autor miał na myśli. Jednak nie mogłem sobie chyba wymarzyć lepszych momentów, jeśli ktoś mówi, że moje słowa miały na niego ogromny wpływ albo znacząco pomogły w ciężkich chwilach. Jak ktoś ci mówi, że twój tekst po części uratował mu życie, to uderza to mocno. Mocniej niż sobie można wyobrazić. A ja przecież tylko składam jakieś wyrazy w zdania.
„Któregoś dnia umówiliśmy się, że nie chcemy grać tylko w garażu, ale pójść gdzieś dalej.”
Teledysk do „SHEN” powstał z materiałów nadesłanych przez fanów. Skąd wziął się ten pomysł i co wam pokazało takie oddanie części historii właśnie słuchaczom?
Lost In You powstało z czystej i zwyczajnej chęci grania. Nie było na to wielkiego planu, nie stał za tym nikt z wielkim szmalem czy możliwościami. Niemniej szybko do nas dotarło, że jeśli na pierwszy nasz koncert zjawili się ludzie nie tylko z Warszawy, gdzie się odbywał, ale i z całej Polski, żeby wspólnie celebrować ten „pierwszy raz” i cieszyć się po prostu fajną chwilą i muzyką, to jest to znak, że my jako zespół jesteśmy tylko małą częścią tej historii. Tak naprawdę to ci ludzie sprawiają, że ten wózek pędzi coraz szybciej. Chcieliśmy pokazać, a przy okazji sami zobaczyć, jak LIY wygląda z tej drugiej strony. Efekt, jak można zobaczyć, przeszedł nasze oczekiwania. Dostaliśmy masę nagrań, z których powstał ten klip. Naprawdę było tego sporo, plus sporo ciepłych słów. Przy okazji wiemy też, że jak się prosi ludzi o nagrywanie koncertu, a za chwilę o to, żeby klaskali, to nie jest to najbystrzejszy pomysł hahaha. Chciałem z tego miejsca jeszcze raz wielkie dzięki dla wszystkich zaangażowanych. Jesteście wielcy!
Macie za sobą coraz mocniejsze sygnały, że wasza muzyka trafia szerzej, od Antyradia po kolejne koncertowe ogłoszenia. Czujecie bardziej satysfakcję, presję, czy jeszcze coś innego?
Satysfakcję, radość i ogromną chęć zanurzenia się w to jeszcze bardziej i bardziej! Presja? Nie. Mamy w LIY skład, gdzie już trochę w tej muzyce widzieliśmy. Na początku nawet wydawało nam się, że coś tam rozumiemy ten, nazwijmy to, „biznes”. Teraz wydaje nam się już znacznie mniej, ale zabawy mamy znacznie więcej! Pamiętam dokładnie, jak na początku listopada zeszłego roku, to był jeszcze zespół bez żadnego koncertu na koncie i mocno się zastanawiałem, czy w ogóle uda się z tym ruszyć do przodu, czy może to nie jest to i trzeba sobie dać spokój. Takie codzienne rozważania podczas długich dni pracy. Nagle odbieram telefon, jest jeden gig do zagrania, zaraz drugi, trzeci, Antyfest… A teraz będziemy grać między innymi na Pol’and’Rock! Jak miałbym to zamknąć w jednym zdaniu, to byłoby to najradośniejsze, staropolskie „O KUR…!”
Lost In You to dziś bardziej projekt oparty na intuicji i emocjach czy zespół, który już bardzo świadomie planuje swój kierunek i kolejne ruchy?
Lubię myśleć, że obie opcje cały czas są w grze, bo z jednej strony LIY to po prostu czterech gości, którzy dobrze się ze sobą czują, grając muzykę. Bez wsparcia wytwórni czy managementu. A z drugiej skłamałbym, mówiąc, że jakoś sobie tego nie analizujemy i nie robimy planów na przyszłość. W sumie na ten moment razem z Tomkiem mamy jakby drugi etat po godzinach. Codziennie coś staramy się dla tego zespołu robić. Teraz, przy tych wszystkich social mediach i łatwym dostępie do każdej muzyki z całego świata, nie jest proste, żeby ktoś na ciebie trafił czy cię zauważył. Tomek mawia: „dobra muzyka to tylko podłoga” i jest to w stu procentach racja. I żeby była jasność, ja tu sobie nie roszczę prawa do twierdzenia, czy nasza muzyka jest dobra. Chcę tylko pokazać, że to jedynie to, co słuchacz dostaje, a najcięższa robota to ta, której nikt nie widzi.
„Wyobrażacie sobie pierwszy wolny weekend w roku mieć dopiero we wrześniu?”
„SHEN” dotyka ciemniejszych stanów i walki z samym sobą. Czy według was muzyka bardziej pomaga takie rzeczy z siebie wyrzucić, czy raczej dopiero wtedy coś naprawdę uruchamia?
Ja piszę, żeby te rzeczy wyrzucić, najchętniej o nich zapomnieć i ruszyć dalej. Trochę jakby przelanie tego na papier powodowało, że to już jest i więcej nic takiego złego nie może się stać. Z drugiej strony wiem, jak ja odbieram piosenki, których słucham. W zależności od nastroju czy potrzeby będzie to coś lekkiego albo mrocznego na maksa i albo będę się bardziej nakręcał, albo uspokajał. Chciałbym myśleć, że tak jak mi, muzyka po prostu ludziom towarzyszy i jakoś pomaga.
Patrząc szerzej niż tylko na ten singiel: w jakim miejscu jest dziś Lost In You jako zespół i co chcielibyście, żeby ludzie rozumieli o was lepiej po tej premierze?
Kończymy właśnie materiał na pełnowymiarową płytę. Planujemy kolejne koncerty. Chyba jesteśmy w fajnym miejscu dziś. Chcielibyśmy powiedzieć wszystkim: hej, jesteśmy tu! Zobaczcie, posłuchajcie, czy coś tu dla siebie znajdziecie i jeśli tak, to spotkajmy się na koncertach, napiszcie do nas i o tym pogadajmy. Nie ma nic lepszego niż spotykać ludzi z pasją. Takich spotkaliśmy całą masę jak do tej pory na naszych koncertach i nie możemy się doczekać kolejnych spotkań.
fot. Aleksander Kwapień
![[ROZMOWA] Grzegorz „Kulavik” Kowalczyk (Lost In You) o „SHEN”, muzyce i walce z własnymi demonami](https://kfm.net.pl/wp-content/uploads/2026/06/593252784_10240042355620143_5615488168685066044_n.jpg)





