[ROZMOWA] Madame Affair o post-funku, social mediach i muzyce, która ma coś do powiedzenia

Madame Affair grają tak, że noga chodzi, ale głowa już nie ma tak łatwo. W tej rozmowie jest o przebodźcowaniu, scrollowaniu, porównywaniu się do cudzych wycinków życia i o tym, jak nie zgubić siebie w świecie, który cały czas coś od nas chce. Jest też o „post-funku”, ironii w „Bowaryzmie” i o tym, czemu taneczna muzyka wcale nie musi być lekka.

Zapraszam do lektury!

Wasze ostatnie single, m.in. „W Twoich rękach”mocno zahaczają o temat przebodźcowania i życia w social mediach. To bardziej osobiste doświadczenie czy świadoma obserwacja tego, co dzieje się wokół?

Od lat obserwujemy, jak ten problem się pogłębia, ale najlepiej widać to na własnym przykładzie. Może nie scrollujemy rolek godzinami, ale i tak jesteśmy totalnie uzależnieni od telefonów. Przerażające jest dostrzeganie długofalowych skutków tego nałogu, w momencie kiedy chwila ciszy staje się niekomfortowa, wręcz nieznośna, a myśli mniej kreatywne, schematyczne, dyktowane przez cyfrową rzeczywistość. Do tego błędne koło porównywania się do idealnych, kilkusekundowych wycinków z życia innych. To ewidentnie zabiera ludziom coś cennego, dlatego stoimy w kontrze do tego świata, zarazem będąc jego częścią.

W „Bowaryzmie” pojawia się ironia i pewien dystans do rzeczywistości. Na ile humor i satyra są dla Was narzędziem, a na ile naturalnym językiem opowiadania o świecie?

Pisząc „Bowaryzm” bałem się, że ktoś weźmie moje słowa za bardzo na serio, więc zmyśliłem historię, w której ironia ma przeciwdziałać uproszczeniu. Z jednej strony naśmiewam się z narratora, który symbolizuje pewien sposób myślenia, a z drugiej sympatyzuję z nim i w pełni podzielam jego frustrację. Ten numer nie ma narzucać jakiejś prawdy, tylko sprowokować do zastanowienia się, jak to w końcu jest z tym self-made man.

Gracie tanecznie, ale jednocześnie mówicie o rzeczach raczej ciężkich. Nie baliście się, że ta kombinacja się „rozjedzie”?

Powstało już tyle radosnej, tanecznej muzyki, że powielanie jej wydaje się niepotrzebne. Swoją drogą, skoro codziennie wychodzą tysiące nowych piosenek, to czy nie jest tak, że tylko ryzykowne kombinacje wnoszą nową wartość? Nie jestem fanem muzyki, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, idealnie wyważone i adekwatne. Ona staje się ciekawa, kiedy coś w niej nie gra. Sam koncept smutnych tekstów do tanecznej muzyki jest całkiem stary, bo to się świetnie uzupełnia i umożliwia wyrażenie złożoności emocji, które zwykle nie są jednoznaczne. Staramy się szukać takich kombinacji tematów i brzmień, których jeszcze na polskiej scenie nie ma.

„Stoimy w kontrze do tego świata, zarazem będąc jego częścią.”

Mówicie o swoim stylu jako o post-funku. To etykieta, która Was definiuje, czy raczej punkt wyjścia, który jeszcze będzie się zmieniał?

Na początku post-funk był naszym żartem. Potem zauważyliśmy, że na pewnym nerdowskim portalu ktoś faktycznie określa tak Talking Heads i LCD Soundsystem, czyli zespoły dla nas kultowe. Przykleiliśmy więc sobie tę etykietę, żeby muza Madame Affair była czymś bardziej określonym niż „alternatywa”. Czasem nałożone ograniczenia zwiększają kreatywność i to się u nas sprawdziło, bo na płycie nie będzie dwóch podobnych do siebie numerów. Post-funk daje dużo wolności, bo praktycznie nie funkcjonuje w muzycznym dyskursie i tak naprawdę nie wiadomo, czym jest. W przyszłości odstępstwa są nieuchronne, a nawet na płycie będzie utwór, który z funkiem nie ma nic wspólnego, więc traktujemy to również jako punkt wyjścia, który trzyma nas w ryzach.

W jednym z przekazów pojawia się napięcie między obecnością w social mediach a niechęcią do bycia kolejną „rolką”. Jak dziś funkcjonować jako zespół i nie zgubić siebie po drodze?

Chcielibyśmy to wiedzieć i nie gubić się po drodze. Dziwnie bojkotuje się social media, wiedząc, że bez nich nie da się zaistnieć. Chyba ważne jest w tym to, by nie myśleć o sobie, tylko o odbiorcy. Kiedy widzimy, że osoba, z którą rezonuje nasza muza, faktycznie jest po drugiej stronie i wchodzi z nami w interakcję, to bardzo wynagradza poświęcony czas. Chcemy budować fajną relację ze słuchaczami i z szacunku do nich nie zasypujemy ich śmieciowym kontentem.

„Pod tą tanecznością kryje się coś bardziej niewygodnego.”

Wasze utwory często brzmią jak komentarz do współczesnych relacji i emocji. Piszecie bardziej „o sobie”, czy „o nas wszystkich”?

To zwykle jest gdzieś pomiędzy tym, co obserwujemy, a tym, co czujemy. Staramy się szukać emocji, których doświadcza grupa. Czasem zdarzają się bardziej osobiste kawałki, ale tematy społeczne są w mojej opinii bardziej potrzebne. Żyjemy w strasznie smutnych, niepewnych i samotnych czasach, a ciągle za mało się o tym śpiewa. Obecnie szukam w muzyce połączenia z ludźmi i wzajemnego zrozumienia. Przecież łączy nas tyle wspólnego lęku, niepokoju, frustracji i gniewu. Żyjemy w odizolowanych bańkach własnych algorytmów, a nasze więzi są coraz słabsze. To jest dla mnie poważny problem, więc interesuje mnie bardziej niż czyjeś wakacyjne love story.

W nowych numerach słychać dużą świadomość brzmienia i kierunku. To efekt długiego szukania, czy od początku wiedzieliście, gdzie chcecie iść?

Gramy razem od czasów liceum, już prawie 6 lat i mam wrażenie, że zalążek post-funku był z nami od zawsze, nawet w pierwszych, nigdy nie nagranych utworach, ale był to jeden z wielu kierunków. Od początku mieliśmy bardzo skrajny repertuar. Od indie rocka przez synth wave, electro pop, R&B czy nawet folk. I gdzie tu zmieścić funky disco. To stało się irytujące, więc jakiś rok temu wzięliśmy „kartkę i długopis” i napisaliśmy, jakie elementy najbardziej nas jarają, a z czego na razie rezygnujemy. Z tą myślą napisaliśmy jeszcze kilka utworów i tak powstał post-funk.

Jeśli ktoś trafia na Was pierwszy raz – przez scroll, przypadek, algorytm – co powinno go zatrzymać na dłużej: energia, tekst, czy coś jeszcze?

Jesteśmy trochę jak Kinder Jajko, z zewnątrz wyglądamy po prostu smakowicie, a dopiero po zagłębieniu się w naszą twórczość i otworzeniu „niespodzianki” można poznać nas w pełni. Nagle okazuje się, że pod tą tanecznością kryje się coś bardziej niewygodnego. Lubimy ten moment, kiedy ktoś orientuje się, że to nie jest tylko muzyka z dobrym groovem.

Z drugiej strony format rolki często nie pozwala pokazać walorów muzyki, tutaj z pomocą przychodzi jeden wers, który mówi wiele, np. refren „Bowaryzmu”: „chcę znów być pewna, że sen dziecka się spełni, ale są lepsi”. W każdym razie najpierw przyciągamy energią lub dosadnym tekstem, a potem zostawiamy przestrzeń do eksplorowania.

Karolina Filarczyk

Madame Affair

Notka informacyjna (dla dociekliwych i złośliwych):
Wpisy na blogu powstają na bazie materiałów prasowych otrzymywanych od menedżerów, wytwórni lub samych artystów. Nie są one publikowane metodą „kopiuj / wklej”. Każdy tekst jest czytany, przerabiany i uzupełniany o autorski kontekst. To proces, który wymaga czasu i energii — i dokładnie dlatego te wpisy wyglądają tak, a nie inaczej.

Uwaga: nie publikuję wszystkiego, co trafia do mojej skrzynki. Wybieram tylko projekty, które naprawdę do mnie mówią. Nie piszę dla zasady, dla zasięgów ani nie ścigam się z czasem.

Jestem Karolina!

Cześć, tu Karolina – witaj na KFM.NET.PL!


To miejsce dla tych, którzy muzyki nie tylko słuchają, ale ją czują. Znajdziesz tutaj świeże newsy, szczere wywiady, sumienne recenzje i fotorelacje z koncertów, które pachną pasją i brzmią dźwiękiem gitary.

Witaj w moim muzycznym świecie!


Patronat medialny

Klik!! 🙂

Jeśli lubisz i doceniasz to, co robię – posty, zdjęcia, koncertowe historie – możesz postawić mi kawę. Dzięki takim małym gestom mogę działać dalej i tworzyć jeszcze więcej dobrych treści.


Warto tam być!!




Odkryj więcej z 🎼Karolina Filarczyk Muzykoholicznie 🎶

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej