Póki co każda edycja Next Fest była w moim zasięgu i przyznam, że to jeden z tych festiwali, na które wracam z ciekawością. Z roku na rok ta impreza rośnie, nabiera coraz większego rozpędu i coraz mocniej rozpycha się w kalendarzu koncertowym. Tylko razem z tym rozmachem pojawia się też pytanie, czy to na pewno zawsze działa na plus?
Z jednej strony wiadomo, dobrze patrzeć, jak taki festiwal się rozwija. Headlinerzy grają obok nowych zespołów, a to daje szansę, żeby w jednym miejscu złapać i nazwiska już dobrze znane, i artystów, którzy dopiero walczą o szerszą uwagę. W teorii brzmi to świetnie. W praktyce oznacza też, że nie da się być wszędzie. Przy takim natłoku koncertów człowiek musi wcześniej obrać sobie jakąś strategię, bo inaczej zostaje klasyczne festiwalowe miotanie się od sceny do sceny i poczucie, że niby było się wszędzie, a tak naprawdę nigdzie porządnie.
Ja w tym roku strategii nie miałam. Bardziej prowadziły mnie chęć posłuchania czegoś na żywo, sentyment i opinie koleżanek oraz kolegów z branży. I może nawet dobrze, bo przynajmniej nie było w tym kalkulacji większej niż to, na co akurat miałam ochotę.
Misię Furtak „zaliczyłam” z ciekawości. Chciałam po prostu sprawdzić, jak to wypadnie na żywo. Johna Portera oraz duet Mezo i Kasia Wilk wybrałam już dlatego, że zwyczajnie chciałam. Idąc trochę z tłumem, trafiłam też na Stany Pośrednie i Luname. Paula Roma i Natalia Muianga znalazły się u mnie w planie głównie dlatego, że byłam na nie namawiana. Jak widać, festiwalowe wybory nie zawsze rodzą się z wielkiej analizy. Czasem z polecenia, czasem z sentymentu, czasem z przypadku. I to też ma swój urok.
Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Baranovski. Dla mnie to był najlepszy koncert tej edycji. Jego nowa odsłona naprawdę zrobiła robotę i to właśnie ten występ został ze mną najmocniej. Był w tym pomysł, była energia, było coś, co po prostu przykuwało uwagę i nie chciało jej oddać. Na imprezie, gdzie dzieje się dużo i szybko, takie koncerty zapamiętuje się najbardziej.
Nie ukrywam też, że dwa dni z trzech są dla mnie w zupełności wystarczające. Trzeci dzień to już dla mnie lekki przesyt. I nie mówię tego z pozycji marudy, tylko człowieka, który po prostu wie, jak działa jego własna głowa. Po dwóch dniach koncertowego biegu, hałasu, spotkań, decyzji i nieustannego przemieszczania się przychodzi moment, w którym organizm mówi dość i kończy się to tym bardzo specyficznym bólem głowy, który zna chyba każdy, kto próbował z festiwalu wycisnąć za dużo.
I właśnie tu wracam do pytania, czy coraz większy rozmach zawsze jest dobry. Bo Next Fest nadal ma w sobie coś, co przyciąga. Nadal daje możliwość odkrywania, porównywania, łapania muzyki w różnych odsłonach i spotykania ludzi, którzy żyją tym samym. Jednocześnie jednak im większa robi się ta impreza, tym bardziej trzeba nauczyć się odpuszczać. Nie da się zobaczyć wszystkiego. Nie da się być wszędzie. Nie da się przeżyć każdego koncertu na sto procent, kiedy w głowie już tyka następny punkt programu.
Może więc najlepsza strategia na Next Fest wcale nie polega na tym, żeby zaliczyć jak najwięcej. Może chodzi o to, żeby wybrać swoje, przeżyć to po swojemu i wrócić z poczuciem, że coś naprawdę zostało. Nie tylko na zdjęciach, ale też zwyczajnie – w głowie.
Ale jeśli chodzi o zdjęcia, to przecież nie byłabym sobą, gdyby…
Na koniec jeszcze jedno, bo to też jest ważne.
Podziękowania dla ekipy Next Fest Music Showcase & Conference za akredytację. Choć nie ukrywam, że gdzieś z tyłu głowy nadal mam ten „delegacki” status i liczę, że kiedyś uda się go znowu osiągnąć…
Dzięki też wszystkim, których spotkałam przez te dwa dni. Za rozmowy, szybkie piątki, przypadkowe spotkania pod CK Zamek i te trochę mniej przypadkowe przy kawie, obiedzie czy piwie. Dla świętego spokoju nie wymieniam nazwisk. Kto wie, ten wie.
Mam nadzieję, że do zobaczenia. Czy to we wrześniu w Łodzi, czy po prostu za rok, znów w Poznaniu.




























Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.