SZYSZ robi swoje po cichu i bez fajerwerków. Jest delikatna elektronika, synthy, popowa lekkość i ukulele z lekkim przesterem. Teksty nie prowadzą za rękę – raczej zostawiają przestrzeń na własne myśli. To muzyka do zatrzymania się na moment, nie do szukania wielkich uniesień.
Za projektem stoją Jędrzej Wołk i Agnieszka Frączyk. Znam ich i mówię to bez cienia kurtuazji – to świetni muzycy i prawdziwi pasjonaci. Cieszy mnie, że idą dalej ze SZYSZEM, bo to nie jest jednorazowy pomysł, tylko konsekwentnie budowany projekt.
Jędrzej odpowiada za produkcję, synthy, ukulele i wokal. Aga za teksty, wokal i współprodukcję. W pełnym składzie dochodzą Mateusz Rup na basie i Paweł Drygas na perkusji – dobrze znane nazwiska na wrocławskiej scenie. Ten skład działa naturalnie, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek.
Debiutanckie „Kino” to spójny album w klimacie indie synth-pop. Numery płynnie się zazębiają i prowadzą przez codzienne obserwacje i momenty lekkiego zawieszenia. „Kino” otwiera i zamyka płytę, po drodze są m.in. „Blok”, „Jakoś to będzie”, „Plac zabaw” czy „Level up”. Prosto, bez nadmiaru.
To uczciwa, dobrze zrobiona muzyka. Warta czasu i zdecydowanie warta subskrypcji na Spotify.
fot. Kacper Waligóra







