Przejdź do treści
NOWA MUZYKA • ROZMOWY • FOTORELACJE • KONCERTY • ODKRYCIA • OPINIE

[ROZMOWA] „Oddałem te piosenki ludziom” – Patryk Pietrzak o muzyce, bliskości i braterskiej współpracy

Niedawno dzieliłam się z Wami kilkoma refleksjami na temat albumu „Kaprysy i Ruminacje” – szczerego, intensywnego i poruszającego materiału, który zostawia ślad. Dziś mam przyjemność zaprosić Was do rozmowy z jego autorem – Patrykiem Pietrzakiem, chłopakiem z Łodzi, którego miałam okazję poznać już jakiś czas temu.

To rozmowa o muzyce, emocjach, współpracy z bratem i o tym, jak czasem piosenka może powiedzieć więcej niż tysiąc słów. Usiądźcie wygodnie – warto.

Od premiery „Kaprysów i Ruminacji” minęło już trochę czasu. Jak dziś patrzysz na ten album?

Cały czas mam wrażenie pracy z nim. Jestem tuż przed koncertem na Męskim Graniu – wystąpimy w Żywcu 27 czerwca. Potem m.in. Songwriter Sopot Festival. Wszystko w przeważającej części z utworami z płyty. Nie żałuję ani jednej z chwil, które sprawiły, że powstał ten album. Każdą z tych piosenek nosiłem pod sercem, żeby zrozumieć, że już nie są moje. Oddałem je słuchaczom, teraz należą do nich. I dzięki temu jest mi lżej, czego nie wiedziałem w momencie premiery.

To bardzo osobista płyta. Czy miałeś moment zawahania, że pokazujesz zbyt wiele?

Bardzo się bałem. Uderzyło mnie to w momencie rozmowy z Piotrem Metzem podczas livesesji w Trójce. Zadał bardzo celne i osobiste pytanie, potem, po rozmowie, płakałem większość drogi do Łodzi i myślałem, że popełniłem błąd, udostępniając muzykę, która za dużo mówi wprost. Przestraszyłem się. Potem postanowiłem, że będę szedł tą drogą i obserwował, co to przynosi, że będę po prostu pasażerem tego pociągu. (śmiech)

Mówisz, że to album o bliskości – tej dobrej i tej trudnej. Który z utworów jest dla Ciebie najważniejszy?

„Pytaj o nią” – bardzo lubię grać ten utwór na żywo.
„Spawn” – był za to najciekawszą przygodą, jeżeli chodzi o tworzenie utworu w studio.

„Oddałem je (PIOSENKI) słuchaczom, teraz należą do nich. I dzięki temu jest mi lżej, czego nie wiedziałem w momencie premiery.”

Jak wyglądała Wasza twórcza współpraca z bratem? Kto najczęściej inicjował nowe pomysły?

Niektóre z utworów na albumie to muzycznie prawie gotowe utwory Olka, np. „Ferajna”, „Więcej”, do których dopisywałem melodie i teksty. Inne to jego pomysły, loopy, które wspólnie rozwijaliśmy do gotowych piosenkowych form, i dogrywałem instrumenty (np. „Hieny”, „Maczugi”) albo napisane przeze mnie piosenki, które zostały od zera nagrywane i zmieniane już w trakcie procesu (np. „Scarlett Johansson”, „Spawn”). Bardzo często Olek wysyłał mi muzykę, mówiąc, że „coś ma”, i ja pisałem do tego, projektując sobie całość.

Praca z kimś bliskim to duża wartość, ale bywa też trudna. Co było największym wyzwaniem w pracy z bratem?

Przy tej płycie największym wyzwaniem było „zebranie jej” w całość. Około 2 lata przygotowywaliśmy piosenki, zbieraliśmy materiał. Czasem ja nie umiałem czegoś skończyć, czasem Olek nie chciał siadać już do jakiegoś numeru. To było ogromne wyzwanie, żeby to spiąć producencko. Bez pomocy Pawła Cieślaka, z którym zazwyczaj pracowałem, ta funkcja spadła w lwiej części na Olka, który – trzeba zaznaczyć – zaczął robić muzykę w DAWie w momencie, w którym rozpoczęliśmy pracę nad wspólnymi pomysłami. Z perspektywy czasu tempo, z jakim stał się biegły i z jakim wykorzystywał pokłady kreatywności, wydają mi się nieprawdopodobnie intensywne. Pamiętam dokładnie moment, w którym – wśród rozkładanych kartonów przeprowadzkowych poustawianych w wieże – leżałem i słuchałem „wersji demo”, które mi przesłał, i płakałem, czując, ile swojej wrażliwości przelał w przygotowanie wersji tych numerów. To było ogromne wyzwanie do uniesienia dla niego. Dużo emocji nas to kosztowało. Wśród przeważających szczęśliwych – tych, gdzie chce się krzyczeć z emocji wynikających ze zrobienia czegoś świetnego – pojawiały się te, gdzie pojawiało się zwątpienie. W jednych i drugich byliśmy razem.

Czy planujecie kontynuację tej współpracy przy kolejnych projektach?

Zupełnie naturalnie praca w studio przekształciła się w przygotowania do trasy koncertowej. Na jej potrzeby powołałem zespół Kaprysy – Olek i Mateusz Dziworski (z którym współtworzyliśmy zespół Ted Nemeth). W tym składzie kilkadziesiąt razy wspólnie koncertowaliśmy. Zupełnie naturalnie zaczęliśmy pracować wspólnie nad nowym materiałem. Cieszę się na to, czuję się bardzo dobrze, pracując w tym składzie.

„Czasem przestrasza mnie, że tyle trzeba o tym opowiadać, a może to moje ego, które chciałoby, żeby piosenka trafiła od razu do mas, stała się evergreenem i pozwoliła nam żyć już do końca naszych dni z ZAIKSu.”

Czy pisanie tej płyty było dla Ciebie formą autoterapii?

Wydaje mi się, że jak zawsze – tak. W tym przypadku nieświadomie również ta autoterapia narzuciła koncepcję albumu – niejako sama się opowiedziała, za co jestem wdzięczny, bo nie musiałem wymyślać koncepcji. Nic tutaj nie powstało siłowo, czy z dorabianiem otoczki, która często męczy mnie w muzyce. Ktoś powiedział kiedyś chyba, że „zaśpiewałem o tym, żebym nie musiał o tym opowiadać” – a może to wymyśliłem? Czasem przestrasza mnie, że tyle trzeba o tym opowiadać, a może to moje ego, które chciałoby, żeby piosenka trafiła od razu do mas, stała się evergreenem i pozwoliła nam żyć już do końca naszych dni z ZAIKSu, bez wysiłków medialnych.

Wspominasz o psychoterapii i pracy nad sobą. Czy te doświadczenia zmieniły też sposób, w jaki tworzysz muzykę?

Myślę, że mówienie wprost, bez oceniania ryzyka wygłupienia się. Kiedyś nie potrafiłbym nawet użyć odmiany „-łaś” w piosence, żeby nie zasugerować, że to słowa o relacji, do dziewczyny. Wolałem meandry metafor – wydawały mi się bardziej pociągające, bo wieloznaczne. Zdecydowanie bezpieczniej czułem się też w agresywnej postawie literackiej – że tak to ujmę. Tworzyłem sobie rodzaj zbroi z postaw, stwarzałem pozory, w które sam wierzyłem, żeby uczynić się silniejszym. Bez części z nich jest mi dużo lżej.

Wierzysz, że muzyka może realnie pomóc słuchaczom w przepracowywaniu trudnych emocji?

Wierzę, że pomaga mi za każdym razem, kiedy tego potrzebuję – albo kiedy ją tworzę, albo kiedy jej słucham. To bardzo ważne uczucie, kiedy po koncercie ktoś opowiada mi, że z moimi piosenkami przeżył ważne momenty w życiu, przebył terapię albo trudny moment.

„Tworzyłem sobie rodzaj zbroi z postaw, stwarzałem pozory, w które sam wierzyłem, żeby uczynić się silniejszym. Bez części z nich jest mi dużo lżej.”

Jesteś również aktorem – jak to wpływa na Twoją muzykę?

Myślę, że dosyć wyraźnie śpiewam i dosyć głośno – takie informacje dostaję od realizatorów dźwięku. Na pewno z aktorskiej części mojego mózgu wynika też rozmawianie z publicznością. Czuję się wtedy lepiej, lubię mieć z nimi kontakt i prowadzić w ten gadany sposób narrację koncertową.

Myślisz o powrocie na scenę teatralną lub przed kamerę?

Cały czas jestem obecny – w Teatrze Kwadrat w Warszawie. Jestem etatowym pracownikiem. W tej chwili rozpoczynam też największą do tej pory i najbardziej wymagającą jak dotąd rolę filmową. Jestem kilka dni przed wejściem na plan i tyle na razie mogę o tym powiedzieć.

Masz w głowie projekt, który połączyłby muzykę i aktorstwo?

Tak – chyba JA czymś takim właśnie jestem.