Można go było kochać. Można go było nienawidzić. Można było wzdychać do jego muzyki albo przewracać oczami na jego ekscesy. Ale jednej rzeczy nie da się podważyć: Ozzy Osbourne był i pozostanie legendą. Jego wkład w historię rocka i metalu jest nieoceniony.
To nie był artysta, który miał pasować. To był artysta, który miał pękać w szwach, eksplodować, przekraczać granice. Książę Ciemności nie prosił o miejsce w galerii sław. On ją roztrzaskał na kawałki i zbudował swoją własną.
5 lipca na stadionie Villa Park w Birmingham odbyło się całodniowe wydarzenie „Back To The Beginning” – koncertowy hołd dla Black Sabbath. Największe gwiazdy ciężkiego grania oddały cześć zespołowi, który na zawsze zmienił brzmienie świata.
To miało być pożegnanie. I było. Ale oglądając ten koncert, niestety czuło się, że to początek końca. Ozzy był tam. Kruchy, ale dumny. Zmęczony, ale na scenie.
Można by powiedzieć, że żył do końca na scenie. Jakby całe jego życie prowadziło do tego momentu – zamknięcia kręgu w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Birmingham. Dom. Początek i koniec.
Ten głos… Ten chaos… Ta bezkompromisowość.
Kim był Ozzy Osbourne? Brytyjski wokalista, współzałożyciel zespołu Black Sabbath, uważany za ojca heavy metalu. Solowo debiutował płytą „Blizzard of Ozz”, która przyniosła m.in. kultowy „Crazy Train”. Ikona sceny, buntownik, ekscentryk, charyzmatyczny frontman. Jego wpływ na muzykę rockową i metalową jest nie do przecenienia – nawet jeśli czasem bardziej krzyczał niż śpiewał, to krzyczał w imieniu całych pokoleń.
Ozzy odszedł w wieki 76 lat, ale nie zamilkł. Bo takich jak on się nie zapomina. Bo takich jak on nie da się zastąpić. Bo jeśli rock ma twarz – to nosiła okulary przeciwsłoneczne, długie włosy i wyraz wiecznego „f*ck off” wymalowany na czole.
foto. PIOTR IDEM / Agencja Wyborcza.pl

