Przejdź do treści
NOWA MUZYKA • ROZMOWY • FOTORELACJE • KONCERTY • ODKRYCIA • OPINIE

MALOVANA: „Wolimy podejmować takie ryzyko” [ROZMOWA]

MALOVANA trafiła do mnie za sprawą Piotra Kwaśniewskiego z Radia Kielce. Pan Redaktor polecił mi najpierw „Estrado 2”, które wywołało we mnie skrajne emocje i zostawiło sporo pytań. Później, również z jego polecenia, sięgnęłam po „Estrado 3”. Wiele wcześniejszych odczuć pozostało i stało się punktem wyjścia do rozmowy z Krzysztofem Wartakiem, założycielem i pomysłodawcą projektu.

Chciałam wiedzieć, co łączy tak różne piosenki i dlaczego na jednej płycie znalazło się aż 19 utworów. Zapytałam też o malarstwo oraz o przekładanie inspiracji twórczością Beksińskiego i Sętowskiego na muzykę.

Powstała obszerna rozmowa o początkach projektu, muzycznych fascynacjach i współpracy różnych osobowości. Krzysztof wspomina naukę malarstwa, prowadzenie klubu i pierwsze nieudane piosenki. Wyjaśnia decyzje stojące za „Estrado 3” i opowiada o pracy nad kolejnym albumem.


Krzysztofie, od czego zaczęła się MALOVANA? Miałeś gotową koncepcję i szukałeś muzyków do jej realizacji, czy dopiero spotkanie z nimi nadało temu pomysłowi kształt?

Krzysztof Wartak: MALOVANA narodziła się przede wszystkim z potrzeby tworzenia muzyki, która nie będzie zamknięta w jednej stylistyce. Od początku interesowało mnie połączenie różnych form artystycznego wyrazu, szczególnie muzyki i malarstwa. Nie chodziło jednak o stworzenie zespołu realizującego sztywny plan.

Miałem pewne pomysły, melodie i wyobrażenie o charakterze tego przedsięwzięcia, ale dopiero spotkania z muzykami pozwoliły nadać temu wszystkiemu konkretny kształt. Każdy człowiek wnosi przecież własną wrażliwość, doświadczenia i sposób myślenia o dźwiękach. Właśnie z tego zderzenia różnych osobowości zaczęła wyłaniać się MALOVANA.

Myślę, że gdybym od początku próbował narzucić wszystkim jeden sposób grania, stracilibyśmy coś najcenniejszego – spontaniczność i możliwość odkrywania nowych muzycznych przestrzeni.

Połączyłem w ten sposób moje dwie pasje: malarstwo i muzykę. Wyjaśniam: od najmłodszych lat szkicowałem, rysowałem i malowałem. Gdy miałem 19 lat, rodzice kupili nowe mieszkanie i wtedy poznałem moją sąsiadkę, która była malarką. Miała własną autorską galerię w Tarnowskich Górach. Krystyna Ożarowska, bo o niej mowa, uczyła mnie malarstwa od podstaw. Stało się to moją pasją, a zarazem możliwością zarobkowania, ponieważ obrazy sprzedawałem głównie w katowickiej galerii „Kowadło”. Malowałem w weekendy, a w tygodniu studiowałem na Politechnice w Gliwicach. W piątek szedłem do „Kowadła”, odbierałem pieniądze za obrazy, które dość dobrze się sprzedawały, potem kupowałem farby, podobrazia i malowałem kolejne, dzięki czemu odciążałem rodzinny budżet.

Drugą pasją, która towarzyszy mi od dziecka, jest muzyka. W czasach, gdy muzyka była mało dostępna, głównie w radiu słuchało się muzyki w programach „Wieczór płytowy”, „Romantycy muzyki rockowej”, „Lista przebojów Programu 3”. Tu też mamy jedną zbieżność nazwisk: Tomasza Beksińskiego, którego poznałem podczas koncertu zespołu Marillion w Zabrzu, oraz Zdzisława Beksińskiego, którego album otrzymałem od mojej mamy. Zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego syn nie poszedł w ślady ojca, tylko został redaktorem muzycznym. Utwór „Nikomu ani słowa” jest połączeniem wywiadu redaktora, autora ze śmiercią i jest zadedykowany właśnie tym panom. Przez wiele lat podziwiałem obrazy Tomasza Sętowskiego i okazało się, że jedną z przyjaciółek mojej mamy jest pani Joanna, mama pana Tomasza, któremu poświęciliśmy utwór „Dama Czerwona i Czarna”. Kolejność wydawania piosenek okazała się przypadkowa, ponieważ utwory, które powstawały jako pierwsze, na które prawie od początku „rzuciliśmy się”, były po prostu słabe. Przeszliśmy z zespołem pewnego rodzaju drogę. Projekt nie powstałby jednak, gdyby nie zaangażowanie kilku muzyków, głównie Magdaleny Meisel oraz Marcela Różanki.

Dokańczając i łącząc wątek koncepcji malarstwa i muzyki: w 2003 roku powołałem do życia klub muzyczny „Dziupla”. Miał on łączyć wiele stylów i gatunków muzycznych. Z uwagi na to, że lokal znajdował się pośród lasu, na terenie ośrodka rekreacyjnego w dzielnicy Giszowiec, muzyka grała do 4.00 rano. Teren był ogromny, bo miał prawie 4 hektary. Wydzieliliśmy sporą część pod estradę, namioty i bary. W krótkim czasie przeszliśmy drogę od kilku klientów do kilkuset, a przez weekend nawet do tysiąca klubowiczów. Ten okres był okresem budowania nie tego, co chcemy odtwarzać do słuchania, tylko tego, co mogłoby muzycznie połączyć różne środowiska. To poszukiwanie brzmień i stylów otworzyło mi głowę na szersze rozpatrywanie muzyki od strony słuchacza, lecz jeszcze nie twórcy.

Mój ojciec, który w młodości był tancerzem teatralnym, a później aktorem Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach, bardzo chciał wrócić do aktorstwa po 25 latach pracy w kopalni. Udało mu się to, ponieważ zagrał u wybitnego malarza-reżysera Lecha Majewskiego. Nie były to główne role, ale i tak mi zaimponował. Jeździłem z nim na plan, obserwując, w jaki sposób można połączyć w tym przypadku malarstwo z filmem.

Spotkanie z Magdą Meisel w studiu Jarosława Toifla w 2022 roku otworzyło mi oczy, a właściwie uszy. Spotkanie z nią było elementem, który spinał wszystko. Wtedy zrozumiałem, że koncepcja „śpiewania do obrazu” jest realna. Spotkaliśmy się przy nagraniu pierwszego singla pt. „Kolorowych snów”, napisanego wspólnie z Sylwią Lizoń… Tak powstała MALOVANA. Tu podziękowania należą się Tomaszowi Wołkiewiczowi za kontakt.

„Wolimy podejmować takie ryzyko, niż tworzyć muzykę według jednego, bezpiecznego schematu”.

Każdy z Was wnosi inne muzyczne doświadczenia. Co ustaliliście na początku w kwestii brzmienia i jak zmieniło się to do czasu nagrania „Estrado 3”?

Najważniejszym założeniem była swoboda. Nie chcieliśmy ustalać, że MALOVANA musi być zespołem rockowym, alternatywnym czy progresywnym. Oczywiście pewne elementy tych stylistyk pojawiają się w naszej muzyce, ale nie traktujemy ich jako ograniczeń.

Z czasem zaczęliśmy coraz odważniej eksperymentować z aranżacjami, instrumentarium i nastrojem poszczególnych kompozycji. „Estrado 3” jest w pewnym sensie rezultatem tej drogi. Słychać na tej płycie zarówno nasze muzyczne fascynacje, jak i potrzebę poszukiwania.

Nie powiedziałbym, że całkowicie zmieniliśmy brzmienie. Raczej poszerzyliśmy jego granice. Dziś pozwalamy sobie na rozwiązania, które na początku działalności mogłyby wydawać się zbyt odległe od naszego wyobrażenia o zespole.

Jeśli chodzi o muzyczne doświadczenia, to faktycznie tak jest, że każdy ma inne. Magda Meisel jest zawodową skrzypaczką i profesjonalną wokalistką. Ona ma z nas największą wiedzę, wywodzącą się zarówno ze szkoły, jak i z obecnej pracy w Filharmonii Częstochowskiej. Magda wnosi genialny warsztat wokalny i muzyczny. Bez tego bylibyśmy jak średniowieczny obraz na przedmieściach Paryża: niby fajnie, ale wcale nie jest fajnie.

Jacek Przydryga, naturalny talent, którego interpretacje nas zmroziły, jest osobą, którą zaproponowała Magda do zespołu. Bardzo dobry gitarzysta.

Marcel Różanka, mój wielki przyjaciel, założyciel zespołu Oberschlesien, wnosi do naszych brzmień ciężką nogę i rękę perkusisty industrialmetalowego. Potrafi też zagrać delikatnie, z feelingiem, po dłuższych debatach, szczególnie z Magdą lub obudową z pleksy.

Adam Kozubek – również przyjaciel z lat młodzieńczych, grający na klawiszach w różnych zespołach.

Mikołaj Meisel – wokalista z potencjałem, który nam rozkwita…

To jest początek i tak zaczęliśmy, a do wydania trzeciej płyty doszli wspaniali muzycy: Piotr Brzychcy, uznawany przez wielu za najlepszą gitarę we wschodniej Europie, lecz on się z tym nie zgadza, zadając pytanie: „Dlaczego we wschodniej?” oraz Krystian Tomalka, posiadający wraz z żoną własną szkołę muzyczną, aranżer, nauczyciel, w naszym zespole saksofonista i klawiszowiec.

Nie sposób nie wymienić Agnieszki Bieńkowskiej, która miała duży udział w powstaniu dwóch pierwszych płyt, „Estrado” i „Estrado 2”, i której jesteśmy wdzięczni za energię, którą nas zaraziła, własne interpretacje oraz aktorski styl. W ramach projektu obok Agnieszki zaśpiewały takie osoby jak: Sławomir Kowalewski, Dominika Wodarska, Joanna Stasińska, Łukasz Małodobry. Na instrumentach dętych zagrali dla nas Adam Nawojski, Kornel Wieczorek, Lech Słota.

Wspomnę o aranżacjach muzycznych, które wykonali Artur Wypich, Adam Kozubek, Marcel Różanka oraz cały zespół. Melodie do swoich aranżacji wokalnych oraz skrzypcowych dla wszystkich utworów komponowała Magda Meisel. Nad całością pieczę sprawował Jarosław Toifl, nasz akustyk i realizator dźwięku.

Moim udziałem była i nadal jest produkcja materiału, koordynacja zespołu, współpraca ze studiem oraz tworzenie tekstów i wstępnych propozycji dla kompozytorów. Nadmienię, że kilka tekstów tworzonych dla projektu napisali również Sylwia Lizoń oraz Dawid Wrona.

Bardzo duży wkład w powstawanie części wizualnej dla naszego projektu, w tym tworzenie scenografii, strojów, green boksu i występów aktorskich, miał Andrzej Żołądek, który wpisał się w nasz zespół. Nikt teraz nie wyobraża sobie zespołu bez Andrzeja, który raz jest papieżem, a raz King Kongiem.

Dużo opowiadacie o inspiracjach malarstwem, a ja chciałabym zajrzeć do Waszych płytotek. Jacy wykonawcy Was ukształtowali i czyje wpływy sami słyszycie w swojej muzyce?

Myślę, że nasze muzyczne korzenie są bardzo różnorodne i właśnie dlatego trudno wskazać jeden wspólny mianownik. Bliskie jest nam myślenie o muzyce jako o przestrzeni, w której można budować emocje, opowiadać historie i eksperymentować z formą.

Nie uciekamy od inspiracji. Każdy muzyk jest przecież w jakimś stopniu sumą tego, czego słuchał przez całe życie. Ważne jest jednak, żeby te wpływy przetwarzać przez własną wrażliwość, a nie próbować odtwarzać cudze pomysły.

Czasem w naszych kompozycjach można odnaleźć ducha klasycznego rocka, czasem muzyki progresywnej, alternatywnej czy bardziej nastrojowych odmian muzyki popularnej. Nie traktujemy tego jako problemu. Dla nas najważniejsze jest, żeby utwór miał własną tożsamość i wywoływał emocje.

Mnie osobiście kształtowała muzyka zespołów Marillion, Genesis, King Crimson, The Doors, Red Hot Chili Peppers, ale lubiłem też twórczość Renaty Przemyk czy Kasi Nosowskiej. Magda, z tego, co wiem, ma tak szerokie spektrum, że trudno to objąć: od klasyki po country i jeszcze inne brzmienia. Głównie wychowana na muzyce klasycznej, uwielbia Bacha, Mozarta, ale nieobce są jej brzmienia Deep Purple, wspomnianego Marillion. Lubi też Michaela Jacksona, Bruce’a Springsteena, Whitney Houston i Edytę Bartosiewicz. Marcel zbudowany jest na zespołach Rammstein i Nine Inch Nails. Jacek ma sentyment do Picea, Stinga, U2. Piotr Brzychcy to przekrój muzyki rockowej.

Jak przekładacie obraz na piosenkę? Na przykładzie „Nikomu ani słowa”, inspirowanego twórczością Beksińskiego: od czego zaczęliście i jak doszliście do ostatecznego brzmienia?

Malarstwo Zdzisława Beksińskiego jest niezwykle sugestywne, ale jednocześnie pozostawia odbiorcy ogromną przestrzeń do interpretacji. I właśnie to jest dla nas najbardziej fascynujące.

Nie próbowaliśmy dosłownie opisywać konkretnego obrazu. Jak wspominałem wcześniej, połączyliśmy wywiad ze śmiercią. Śmierć w naszym utworze jest delikatną zjawą, z którą boryka się podmiot przez całe życie, od momentu, gdy ją dostrzegł na własne oczy. Nigdy nie wspomniał o takim fakcie, lecz malował. Był to jeden z pierwszych utworów, które stworzyliśmy. Muzycznie powróciliśmy do niego dopiero na trzeciej płycie, „Estrado 3”, po poprawkach, które nas satysfakcjonowały. Magda zaśpiewała głosem młodej Hanki Ordonówny, aby podkreślić polski charakter. Takiej odmiany potrzebowaliśmy w tym utworze.

Różnorodność „Estrado 3” momentami utrudniała mi słuchanie płyty jako całości. Zanim oswoiłam się z jednym klimatem, pojawiał się kolejny. Eklektyzm daje swobodę, ale może też sprawiać wrażenie braku zdecydowania. Co Waszym zdaniem łączy te utwory i nadaje MALOVANEJ rozpoznawalny charakter?

To bardzo ciekawe spostrzeżenie i rozumiemy taki odbiór albumu. Rzeczywiście „Estrado 3” nie jest płytą, która prowadzi słuchacza przez jeden konsekwentnie utrzymany klimat. „Estrado 3” może wydawać się zlepkiem różnych stylów, ale na tym też polega awangarda. Początkowo mieliśmy zaplanowanych 8 płyt tematycznych, na których utwory miały pasować do siebie stylistycznie, i tak np. „Milo” – płyta poświęcona delikatnym nutkom, „Saso” – poświęcona twórcom anglosaskim, „Hardo” – dla mocnych brzmień itd., ale na razie to wstrzymaliśmy. Nie wykluczamy, że tego rodzaju biblioteka powstanie, gdy już będziemy mieli szersze spektrum utworów.

Ta różnorodność nie wynika jednak z tego, że nie wiemy, w jakim kierunku chcemy podążać. Wręcz przeciwnie – świadomie nie chcemy ograniczać się do jednej stylistyki.

Dla nas spoiwem tych kompozycji nie jest określony gatunek muzyczny, lecz sposób myślenia o tworzeniu. Są nim emocje, melodyjność, obrazowość i potrzeba opowiadania historii.

Można powiedzieć, że MALOVANA przypomina galerię malarstwa. W jednej sali możemy zobaczyć obraz pełen światła i koloru, a w następnej dzieło mroczne, niepokojące. Nie oznacza to jednak, że wystawa jest przypadkowa.

Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że taka formuła wymaga od słuchacza większej otwartości. Nie każdy musi ją zaakceptować. Wolimy jednak podejmować takie ryzyko, niż tworzyć muzykę według jednego, bezpiecznego schematu. Dla nas muzyka to paleta kolorów i różnorodność przekazu.

„Estrado 3” to 19 utworów i ponad godzina muzyki. Jak na dzisiejsze czasy to obszerny album, zwłaszcza przy tak dużej różnorodności stylistycznej. Rozważaliście ostrzejszą selekcję albo podział materiału na dwa wydawnictwa? Co przesądziło o tym, że wszystkie te piosenki powinny znaleźć się razem?

Zdajemy sobie sprawę, że w czasach szybkiej konsumpcji muzyki album zawierający 19 utworów może wydawać się przedsięwzięciem trochę przekornym.

Dziś często myśli się przede wszystkim o singlach, krótkich formach i utworach, które mają natychmiast przyciągnąć uwagę. My nadal wierzymy w sens albumu jako większej wypowiedzi artystycznej.

„Estrado 3” traktujemy jako pewien muzyczny zbiór emocji, pomysłów i historii. Nie chcieliśmy podporządkowywać jego kształtu wyłącznie współczesnym przyzwyczajeniom słuchaczy.

Płyty „Estrado” to forma prezentacji poszczególnych utworów mająca być zaskoczeniem dla słuchacza, aby nie przestawał słuchać, znudzony jednym nastrojem. W dobie streamingów każdy może sobie samodzielnie układać własne playlisty i nie chcemy narzucać, w jaki sposób ma się odsłuchiwać nasze płyty. Taki zamysł był od początku. Każdy z nas jest zbiorem własnych emocji i niech to zostanie naszą interakcją z odbiorcą: w jaki sposób zostanie to poukładane lub powybierane przez odbiorcę. W galerii obrazów również jest bardzo dużo różnych obrazów i form, a człowiek sam decyduje, które wybiera.

Śpiewacie po polsku i po angielsku. Co decyduje o wyborze języka i jak pracujecie nad tym, żeby tekst, akcent i sposób śpiewania brzmiały naturalnie?

Język jest dla nas jednym z elementów muzycznej ekspresji. Nie traktujemy go wyłącznie jako nośnika tekstu. Ma również własną rytmikę, melodykę i brzmienie.

Polski pozwala nam bardzo bezpośrednio przekazywać emocje i budować obrazy bliskie naszej wrażliwości. Angielski z kolei daje nieco inne możliwości frazowania i czasem naturalniej wpisuje się w charakter konkretnej kompozycji.

Magda z Marcelem śpiewają po śląsku w utworze o malarskiej Grupie Janowskiej. Dodaliśmy też wstawki w języku niemieckim, bo historia dzieje się w Wiedniu, a jaki artysta malarz tam tworzył, mający związek z „Pocałunkiem”? Można wymienić wielu, ale… jeśli ktoś pierwszy do nas napisze i poprawnie poda imię i nazwisko malarza, o którego nam chodziło, wyślemy płytę i koszulkę.

Mamy świadomość, że śpiewanie w innym języku niż polski wymaga szczególnej uwagi. Naturalność wymowy, akcentowanie i sposób prowadzenia frazy są istotne, ponieważ nawet dobry tekst może stracić swoją siłę, jeśli nie zostanie odpowiednio zaśpiewany.

Pracujemy nad poprawnością, jeśli chodzi o śpiew, lecz nie do końca przejmujemy się detalami, bo, jak wiemy, angielski na świecie też jest różny. Utwory, które powstały w języku angielskim, mają związek z twórcami anglosaskimi. Magdalena Meisel posiada doświadczenie w produkcji muzyki country, która jest na listach muzycznych w USA. Jacek Przydryga z kolei wychował się na angielskiej i amerykańskiej klasyce rockowej.

„Utwory, nad którymi pracowaliśmy jako pierwszymi, były po prostu słabe”.

Po trzech częściach „Estrado” w jakim kierunku chcielibyście pójść? Wyobrażacie sobie album utrzymany w jednej stylistyce czy właśnie możliwość ciągłych zmian jest dla Was najważniejsza?

Na pewno nie chcielibyśmy powtarzać samych siebie tylko dlatego, że pewne rozwiązania już się sprawdziły. O zmianach możemy mówić ewentualnie w kontekście „Estrado 5”, ponieważ „Estrado 4” jest już na ukończeniu. Podobnie jak na „Estrado 3”, znajdzie się tam około 19 utworów. I wcale nie jest to ekspresowa produkcja, tylko wynik tego, że po nagraniu „Estrado” i „Estrado 2” pracowaliśmy nad około 40 utworami naraz. Znajdą się tam utwory, które nie trafiły na poprzednie płyty. Niektóre z nich mogły nawet trafić na pierwszą płytę. Dlatego do „Estrado 4” włącznie klimat i pomysły będą utrzymane. Musimy je tylko dopracować.

Każda kolejna płyta powinna być dla nas nowym doświadczeniem. Nie wykluczamy albumu innego stylistycznie, a nawet koncepcyjnego.

Jednocześnie nie chcemy zadeklarować, że od teraz będziemy grać tylko w jeden lub inny sposób. To byłoby sprzeczne z ideą zespołu MALOVANA.

Najbardziej interesuje nas możliwość ciągłego odkrywania. Muzyka daje przecież niemal nieograniczone możliwości wyrażania. Szkoda byłoby z nich rezygnować tylko po to, żeby łatwiej było nas przypisać do konkretnej szufladki.

Jeżeli coś miałoby pozostać niezmienne, to właśnie ciekawość i potrzeba tworzenia muzyki na własnych zasadach.

Karolina Filarczyk