Przejdź do treści
NOWA MUZYKA • ROZMOWY • FOTORELACJE • KONCERTY • ODKRYCIA • OPINIE

Imagine Dragons: Emocjonalny Koncert w Warszawie

Są zespoły, których nie trzeba przedstawiać. Są też takie, których energia jest jak pchnięcie prądem – przewraca cię emocjonalnie na plecy, ale nie masz zamiaru się podnosić.

Imagine Dragons wpisują się w obie te kategorie. 19 lipca, po raz kolejny zabrali dziesiątki tysięcy fanów zgromadzonych na warszawskim PGE Narodowym na emocjonalną jazdę bez trzymanki. I choć stadion ten ma opinię trudnego dźwiękowo potwora, tego wieczoru był raczej smokiem – ujarzmionym, donośnym i piekielnie efektownym.

Trasa promująca wydany w 2024 roku album LOOM to coś więcej niż prezentacja świeżego materiału. To rodzaj muzycznej retrospekcji, w której nowe miesza się z dobrze znanym. A że Imagine Dragons są mistrzami równowagi między rockiem a popem – nie brakowało niczego: były emocjonalne ballady, klubowy pazur, stadionowa euforia i akustyczne wytchnienie. Zespół nie rzucał słów na wiatr – w setliście znalazły się największe hity, jak i najnowsze numery. I jeśli miałabym w jednym zdaniu opisać ten koncert? Była to podróż przez największe hity z małymi, ale smacznymi dodatkami z nowego krążka.

Setlista? Monumentalna: Fire in These Hills, Thunder, Bones, Take Me to the Beach (i tak, były ogromne piłki plażowe puszczone w tłum – można było poczuć wakacje wszystkimi zmysłami), I’m So Sorry, Whatever It Takes, Next to Me (w akustycznej wersji), I Bet My Life, Bad Liar, Wake Up, Radioactive (z bębniarską bitwą, której nie powstydziłby się nawet Lars Ulrich), Demons, Natural, Walking the Wire, Sharks, Enemy, In Your Corner, a na koniec Birds i Believer.

Ogromne telebimy, wybieg wbijający się niemal w środek płyty, konfetti, ogień, dym, iskry, piłki plażowe… Momentami było tak, jakby scenariusz koncertu pisał ktoś, kto dostał zadanie „zrób show na miarę Super Bowl, tylko z emocjami”. I tak też było – nie sztucznie, a z rozmachem i sercem.

Dan Reynolds nie musi się przedstawiać. Charyzma – obecna. Głos – bez zarzutu. Emocjonalny kontakt z publicznością – pełna synchronizacja. Na scenie nie tylko śpiewał – opowiadał historię. Na jednej z piosenek dumnie nosił polską flagę, mówił o miłości do polskiej kuchni, ludzi i kultury. A kiedy wyznał: „Potrzebujemy siebie. Ja potrzebuję Was” – nie była to tania koncertowa gadka. To był jeden z tych momentów, kiedy czujesz, że artysta nie mówi tego setny raz – tylko teraz i do ciebie.

Nie będę ukrywać – czekałam na Birds. Ten numer niesie dla mnie osobiste znaczenie. „Everything is temporary” – te słowa mam wytatuowane na lewym przedramieniu. I kiedy zabrzmiały, świat się na chwilę zatrzymał. Czasem muzyka nie jest tylko tłem. Czasem to ona jest najważniejsza.

Ogromne podziękowania dla Strefy Music Art za zaproszenie na to wyjątkowe wydarzenie. Organizatorem koncertu była agencja Live Nation – i trzeba przyznać, że organizacyjnie był to spektakl godny samego PGE Narodowego.

fot. główne: https://www.facebook.com/PGE.Narodowy