Przejdź do treści
NOWA MUZYKA • ROZMOWY • FOTORELACJE • KONCERTY • ODKRYCIA • OPINIE

Ania Sama: „Hipnoza” wciągała jak narkotyk. Po wielkich emocjach została mi piosenka [ROZMOWA]

Najpierw było „Śnienie”, teraz przyszła „Hipnoza”. Ania Sama wraca z czterema piosenkami o relacji, która potrafi jednocześnie przyciągać, uzależniać i odbierać kontrolę.

Zapowiadając tę rozmowę, pisałam o miłości, która uzależnia. Nie było w tym przesady. „Hipnoza” wyrosła z prawdziwej historii i emocji, które zamiast zostać schowane, trafiły do tekstów. Z Anią Samą rozmawiamy o pisaniu na świeżo, porzuceniu siebie w relacji, charakterystycznym „orzechowym” głosie oraz albumie „Odwilż”, który zaczyna już nabierać kształtów.

„Hipnoza” jest EP-ką o relacji, która wciąga za mocno. Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś: dobra, to jest materiał na całe wydawnictwo?

W moim przypadku wyszło to naturalnie, nie kalkulowałam tego. Przydarzył mi się okres w życiu, w którym było mi trochę ciężej pod względem relacji. Jestem artystką, więc wszystkie moje emocjonalne jazdy jakimś trafem zawsze lądują w piosenkach. To mój sposób wyrażania się. Tym razem również zaczęło to ze mnie wypływać. Traf chciał, że powstały cztery piosenki, czyli idealny materiał na EP-kę.

Co było pierwsze: konkretna historia, emocja czy może jedno zdanie, które później pociągnęło za sobą resztę utworów?

Konkretna historia. To ona pociągnęła za sobą wszystkie emocje i słowa, bo pojawiały się właśnie w jej kontekście. Historia skończyła się dobrze, ale wszystko, co wydarzyło się po drodze, dostarczyło mi wysokooktanowego paliwa do pisania piosenek.

W „Hipnozie” dużo jest zagubienia i próby odzyskania kontroli nad sobą. Która piosenka była dla Ciebie najtrudniejsza do napisania?

Najtrudniejszy okazał się tekst do „Przejdzie ci”. To smutna historia, bo opowiada o porzuceniu siebie. Główna bohaterka woli stabilizację i podróż „przez sztorm i łzy”, ale „solidną łajbą”. Nie jest to bezpośredni opis mojej sytuacji i Bogu dzięki, lecz obserwowałam takie historie. To przykre, ponieważ dobra relacja wzmacnia i pozwala rozkwitać, a w tej może stabilnej, ale kiepskiej, człowiek usycha.

Mój głos jest charakterystyczny i uważam go za wielki atut, mimo że początkowo niepotrzebnie go cenzurowałam.

Czy łatwo Ci pisać o rzeczach, które są świeże i jeszcze trochę bolą, czy potrzebujesz dystansu?

To zależy od sytuacji. O sprawach związanych z relacjami umiem pisać na świeżo, bo mimo że emocje są duże, słów jest wiele i jest co wylewać na kartkę. Są jednak sprawy, o których do tej pory nie umiem nic napisać, jak śmierć mojego taty. Próbowałam już wiele razy i ciągle mam blokadę.

Tytułowa „Hipnoza” brzmi jak stan, w którym człowiek niby wie, że coś mu nie służy, ale i tak w to idzie. Byłaś kiedyś w takim emocjonalnym miejscu?

Oczywiście! Wiele razy! Czy jestem z tego dumna? Nie do końca. Każda taka sytuacja czegoś mnie jednak nauczyła, na przykład tego, czego dla siebie nie chcę. „Hipnoza” jest opowieścią właśnie o takiej relacji. Wciągała jak narkotyk. „Ćpałam” związane z nią emocje. Na szczęście umiem już wyciągać wnioski, a po wielkich emocjach została mi piosenka.

Przy EP-ce pracowałaś z Jędrzejem Wołkiem. Co w tej współpracy było dla Ciebie najważniejsze?

Zaufanie i pewność, że moje najskrytsze historie nie zostaną wyśmiane. W pracy z producentem trzeba się otworzyć, aby historia zawarta w piosence została dobrze zaaranżowana, a jej charakter znalazł odpowiednie odzwierciedlenie w instrumentarium. Nam się to udało, nieskromnie mówiąc!

Śmietanka jest najgorszym smakiem z całego menu, którym można byłoby opisać moje dzieła.

Z Anią Samą ze „Śnienia” i Anią Samą z „Hipnozy” dałoby się dziś spokojnie pogadać przy kawie, czy raczej miałyby sobie sporo do wyjaśnienia?

Sądzę, że Ania Sama ze „Śnienia” byłaby dumna z Ani Samej z „Hipnozy”. Przeszłam długą drogę, nie tylko emocjonalnie, lecz także pod względem rzemiosła. Czuję się teraz bardzo pewna swoich umiejętności tekściarskich i wokalnych. Ogranicza nas tylko niebo nad nami, dlatego zawsze będę chciała sięgać wyżej. Już teraz wiem jednak, że mam więcej do powiedzenia i jestem gotowa na większe sceny.

Masz bardzo charakterystyczny głos. Od początku traktowałaś go jako swój znak rozpoznawczy, czy musiałaś go najpierw polubić?

Oj, trafiłaś w mój czuły punkt! Na etapie debiutu chciałam upodobnić go do głosu Norah Jones, wygładzić i złagodzić. Przecież ma on tak wiele piasku do zaoferowania! Jeden z moich przyjaciół określił go mianem „orzechowego”. Bardzo mi się ten przymiotnik podoba i teraz tak się firmuję. Mój głos jest charakterystyczny i uważam go za wielki atut, mimo że początkowo niepotrzebnie go cenzurowałam.

Twoje piosenki są czułe, ale nie przesłodzone. Gdzie kończy się dla Ciebie szczerość w tekście, a zaczyna zbyt duże obnażenie się przed słuchaczem?

Ta granica znajduje się daleko. Nie kupuję sytuacji, w której artysta stosuje zbyt wiele metafor tylko po to, aby ukryć swoje występki. Lubię walić prosto z mostu, mówiąc kolokwialnie. Wtedy zaczyna się autentyczność. Nieważne, że boli. To właśnie takie doświadczenia mnie zbudowały i nie ma sensu się ich wypierać. Śmietanka jest najgorszym smakiem z całego menu, którym można byłoby opisać moje dzieła. Starannie jej unikam.

Mówisz, że „Hipnoza” zamyka bardziej niestabilny rozdział. Jaki etap chciałabyś otworzyć kolejnym albumem?

Szykuję album, który na ten moment ma roboczy tytuł „Odwilż”. Jak sama nazwa wskazuje, zaczynam nim etap odmrażania głęboko zakopanych emocji. Będę mówić wprost o tym, czego pragnę, czego się boję, na co jestem gotowa, co mnie przerasta i z czym się kryję. Mam już napisaną połowę tekstów. Gdybym miała powiedzieć, jakich smaków można oczekiwać na nowym wydawnictwie, byłyby to na pewno chilli, daktyle, angostura, kwaśno-słodkie żelki i umami. To powiedziawszy, muszę teraz dostarczyć to zamówienie do stolika, póki jest gorące. Trzymaj kciuki!

Karolina Filarczyk

Ania Sama

Odkryj więcej z 🎼Karolina Filarczyk Muzykoholicznie 🎶

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej